|
ARCHIWUM KONKURSU
-- V Konkurs --
Warszawa, maj 2008: Nagrodę Grand Prix V Konkursu na Projekt
Nagraniowy Zapomniana muzyka polska otrzymuje projekt brazylijskiego
pianisty Artura Cimirro zatytułowany Dzieła fortepianowe Karola
Tausiga.
Artur
Cimirro urodził się w Brazyliii w 1982 r. Początkowo uczył się
gry na gitarze, ale ostatecznie poświęcił się grze na fortepianie.
W latach 2003-2004 uczył się u Leandra Moenezesa Fabera,
Uczestniczył w klasach mistrzowskich takich artystów, jak Liana
Embovika-Rivkin, Silvana Libardo, Mauricy Martin, Gilberto Tinetti
(uczeń Alfreda Cortota i Friedricha Wührera), Dario Ntaca.
Podczas swojego pierwszego recitalu (Brazylia, listopad 2003 r.)
Artur Cimirro wykanał wyjątkowo wirtuozowski repertuar: Franciszka
Liszta Aprčs une lecture de Dante i Sonatę h-moll, Maurycego Ravela
Gaspard de la nuit, Igora Strawińskiego 3 Fragmenty z Pietruszki,
Heitora Villi-Lobosa Rudepoema i własną kompozycję Valsa no 1.
Artysta interesuje się rozległym repertuarem, od parafraz Liszta
po monumentalne dzieła Sorabjiego, od barokowej twórczości Buxtehudego
po dzieła żyjących kompozytorów takich jak Allan Crossman i Samuel
Peruzollo Vieira. Pośród wykonywanych przez niego dzieł znajduje
się wiele utworów kompozytorów polskich.
Artur Cimirro opracował partytury wirtuozowskich parafraz Gyorgy’ego
Cziffry na temat Zemsty nietoperza i Barona cygańskiego opierając
się tylko na nagraniach. Przygotowuje obecnie pierwsze wydanie i
wykonanie monumentalnego, wirtuozowskiego, trwającego ponad 5 godzin
dzieła Khaikosru Sorabjiego Opus Archimagicum – Sonata V.
-- III Konkurs --
Laureatem
III edycji Konkursu został ogłoszony w październiku 2006 r. Hubert
Rutkowski za projekt "Muzyka Juliana Fontany".
Julian Fontana na dobry początek
z pianistą Hubertem Rutkowskim rozmawia Arkadiusz
Jędrasik
Kiedy postanowił pan zostać pianistą?
Bardzo ważną osobą, która pierwsza odkryła we mnie zdolności pianistyczne,
była pani Joanna Makijonko, mój pedagog w Państwowej Szkole Muzycznej
I st. im. Moniuszki w Ciechanowie. To dzięki jej wielkiemu zaangażowaniu
i fachowości zdobyłem III nagrodę na Ogólnopolskim Konkursie Pianistycznym
im. Ludwika Stefańskiego w Płocku w 1994 r. Ten sukces był pierwszym
znakiem, że może w przyszłości zostanę koncertującym pianistą. Za
sugestią pani Makijonko zdecydowałem się na kontynuację mojego kształcenia
muzycznego w Państwowej Szkole Muzycznej II st. im. Józefa Elsnera
w Warszawie. Decyzja ta była wyborem zawodu pianisty. Zdobyłem solidne
podstawy rzemiosła pianistycznego w klasie fortepianu prof. Anny
Jastrzębskiej-Quinn podczas 9 lat fascynującej i owocnej współpracy
uwieńczonej dyplomem z wyróżnieniem Akademii Muzycznej im. Chopina
w Warszawie.
Jaka była pana droga rozwoju artystycznego i sukcesy na tym
polu?
Droga mojego rozwoju artystycznego jest bardzo ciekawa.
Ta droga nigdy nie ma końca i to właśnie jest fascynujące w dziedzinie,
którą się zajmuję. Jest to również droga, która wymaga wielkiego
poświęcenia, a przede wszystkim pasji. Z wielkim sentymentem wspominam
moje lata nauki w PSM im. Elsnera w klasie prof. A. Jastrzębskiej-Quinn.
Był to etap młodzieńczego pędu i wielkiej muzycznej spontaniczności,
którą odkryłem w grze na fortepianie. Wtedy po raz pierwszy zauważyłem,
że może być ona również kreatywnym aktem twórczym. Wówczas zdobyłem
III nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim w Wilnie (1999),
I nagrodę na Ogólnopolskich Przesłuchaniach Szkół Muzycznych II
st. w Warszawie (2000), oraz Nagrodę Główną IV Festiwalu Młodych
Pianistów w Siedlcach (2000). Studia w Akademii Muzycznej im. Chopina
w Warszawie, również w klasie prof. A. Jastrzębskiej-Quinn były
5-letnim etapem stopniowego dojrzewania do świadomości emocjonalnej,
muzycznej i warsztatowej. Studia w Akademii Muzycznej nie były okresem
konkursowych laurów. Była to faza pierwszych świadomych prób poznania
siebie i samoobserwacji, etap samodzielnych poszukiwań, jak również
był to proces formowania mojej artystycznej osobowości. Wielkie
znaczenie miały dla mnie rozmowy i spotkania w gronie moich przyjaciół
pianistów, kursy mistrzowskie w Polsce oraz za granicą, m.in. we
Włoszech, Japonii i Niemczech. Niesamowicie ceniłem wtedy sobie
wymianę doświadczeń z innymi pianistami, które niejednokrotnie stymulowały
mnie do nowych poszukiwań. Po studiach w Akademii Muzycznej im.
Chopina w Warszawie w 2005 r., zdałem do podyplomowej klasy mistrzowskiej
prof. Jewgenija Koroliowa w Hochschule für Musik und Theater w Hamburgu,
gdzie obecnie studiuję. Praca z tym wybitnym pedagogiem i artystą
otwiera przede mną nowy świat pianistycznej sztuki wykonawczej.
Kontakt ze spadkobiercą najlepszych tradycji wielkiej szkoły rosyjskiej
szalenie stymuluje mnie do pokonywania perkusyjnej natury fortepianu,
to nieustająca nauka śpiewania dźwiękami tego instrumentu oraz sztuka
kształtowania frazy. Podczas studiów w Hamburgu zdobyłem wyróżnienie
Medalla per Unanimitat na 52. Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym
im. Marii Canals w Barcelonie, II nagrodę na XV Konkursie „Elise
Meyer” w Hamburgu (2006), nagrodę główną na Konkursie Chopinowskim
w Hanowerze oraz Grand Prix Konkursu nagraniowego „Zapomniana muzyka
polska” organizowanego i fundowanego przez Jana A. Jarnickiego i
Wydawnictwo Muzyczne Acte Préalable (2007). Obecnie jestem również
słuchaczem Studium Doktoranckiego Akademii Muzycznej im. Chopina
w Warszawie, gdzie pracuję pod kierunkiem prof. Alicji Palety-Bugaj.
Współpraca z Panią Profesor jest niezwykle inspirująca szczególnie
w sferze słuchowej wyobraźni muzycznej i aktywności w poszukiwaniu
oryginalnych rozwiązań interpretacyjnych.
Został pan laureatem Konkursu nagraniowego „Zapomniana muzyka
polska” organizowanego i fundowanego przez Jana A. Jarnickiego i
Wydawnictwo Muzyczne Acte Préalable. Skąd się pan dowiedział o tym
konkursie?
Informację o konkursie otrzymałem z Biura Promocji Akademii
Muzycznej im. Chopina Warszawie.
Owocem nagrody jest album z muzyką Juliana Fontany. Skąd ten
pomysł?
Do zainteresowania się postacią Juliana Fontany przyczyniła
się przede wszystkim prof. Irena Poniatowska, wybitny chopinolog.
Jak było z dotarciem do materiałów nutowych?
Dzięki stronie internetowej miesięcznika Muzyka21 dotarłem
do strony internetowej o Julianie Fontanie autorstwa praprawnuka
kompozytora, Williama Rodrigueza. Na stronie dostępna była część
materiałów nutowych. Rozpocząłem poszukiwania dalszych utworów i
okazało się, że biblioteki głównych europejskich ośrodków muzycznych
posiadają w swych zbiorach brakującą większość partytur.
Muzyka Fontany to absolutna nowość w świadomości melomanów
i muzyków, jaki znalazł pan klucz do jej interpretacji?
Nie wiem, czy udało mi się znaleźć klucz do interpretacji
muzyki Fontany. Myślę, że to kwestia nadal otwarta i ciągle prowokująca
do pytań i wątpliwości. W moim odczuciu, aby właściwie oddać ducha
Fontany należy spróbować utożsamić się z jego losami i trudnym życiem.
Muzykę Fontany przenika smutek, żal i tragizm. To muzyka przeznaczona
dla wrażliwego odbiorcy, który nie szuka taniego efektu. Radość
i szczęście w muzyce Fontany występują rzadko i zawsze są przyćmione
nutą żałości.
Pierwsze nagranie to zawsze dla wykonawcy wielkie obciążenie,
bo może zapomnianej i absolutnie nieznanej muzyce bardzo pomóc lub
ją całkowicie pogrzebać. Jak pan zmierzył się z takim problemem?
Oczywiście ma pan rację. Praca nad muzyką Fontany w moim
przypadku przebiegała dokładnie tak samo, jak bym pracował nad muzyką
Beethovena, Bacha, czy Chopina. Jeden element udało mi się rozwinąć
bardziej, a mianowicie nowe podejście do tekstu muzycznego. Otóż
uważam, że wskazówki kompozytora są tylko oznaczeniem kierunku właściwego
wykonania. Ten kierunek daje jednak bardzo duże pole do popisu dla
wykonawcy. Muzyka Fontany sprowokowała mnie do wielu eksperymentów
w przekraczaniu ustalonych kanonów interpretacyjnych, szczególnie
w aspekcie czasu muzycznego i sposobów budowania napięcia. Niemałym
wyzwaniem była dla mnie interpretacja Dwóch Fantazji op.12 pt. „Wspomnienia
z wyspy Kuba”. Tutaj próbowałem odpowiedzieć sobie na pytania, jak
kształtować powtarzające się frazy i krótkie motywy, jak oddać ducha
Nocy tropików i Wschodu słońca. Ta muzyka sama się nie broni i wymaga
od wykonawcy dużej inwencji. Zachęcam do posłuchania i refleksji.
Po zapoznaniu się z pana płytą fascynuje w niej ładny dźwięk,
piękne legato i rubato, znakomite wyczucie stylu Fontany, utwory
ładnie napisane z pomysłem, oczywiście słychać wpływ przyjaciela
Chopina. Jak dziś odbiera pan swoje nagranie? Jak dojrzewają interpretacje
utworów na koncertach?
Dziękuję za miłe słowa. W chwili obecnej wiele utworów zagrałbym
inaczej niż na nagraniu i to też staram się robić na koncertach.
Wiele inspiracji i pomysłów przychodzi z czasem, a nawet podczas
koncertów, spontanicznie, w czasie rzeczywistym.
Promuje pan ten album koncertami „W cieniu Chopina”. Muzyka
Fontany i Chopina to dwa różne światy. Czy takie zestawienie nie
jest dla Fontany krzywdzące?
Jak pisał Fontana do Ludwiki Jędrzejewiczowej, iż „do wysokości
na jakiej kochany Fryderyk sam stoi, (…) najznakomitsze wieku świetności
zbliżyć się nie zdołają ”. Dlatego też myślę, że w ogóle jakakolwiek
próba porównywania Fontany do Chopina jest niepotrzebna i bezcelowa.
Scenariusz spektaklu słowno-muzycznego Julian Fontana, w cieniu
Chopina ma na celu przede wszystkim przedstawienie wzajemnych relacji
Chopina i Fontany.
Jak publiczność odbiera muzykę Fontany na koncertach?
Spotkałem się z różnymi reakcjami, w większości jednak publiczność
bardzo ciepło odbiera muzykę Fontany, zwłaszcza podczas spektakli
słowno-muzycznych Julian Fontana, w cieniu Chopina z recytacjami
korespondencji Chopina do Fontany. Wielkim powodzeniem cieszy się
wirtuozowska Fantazja na tematy hiszpańskie i amerykańskie „Hawana”.
Na koncercie w Akademii Muzycznej w Warszawie był praprawnuk
kompozytora – Bill Rodriguez. Jak rodzina odbiera i promuje muzykę
swojego przodka?
Pan Rodriguez jest bardzo szczęśliwy, że twórczość jego
prapradziadka została ocalona od zapomnienia, dzięki Konkursowi
Jana A. Jarnickiego i Wydawnictwa Muzycznego Acte Préalable. Pan
Rodriguez planuje zaprosić mnie i Magdalenę Oliferko – muzykologa
i autorkę scenariusza spektaklu, na cykl koncertów do Jacksonville
na Florydzie w USA.
Jaki jest rezonans tej pana debiutanckiej płyty, która była
bez wątpienia zeszłorocznym wydarzeniem płytowym na polskim i światowym
rynku?
Cieszę się, gdyż płyta otrzymuje bardzo dobre recenzje w
Polsce i za granicą. Dotychczas płytę zrecenzował miesięcznik „Muzyka21”,
„Ruch Muzyczny”, „Nasz Dziennik” oraz niemiecki „PianoNEWS”. Bardzo
pozytywne głosy krytyki otrzymałem z USA, m.in., od Gregora Benko,
znanego dziennikarza i twórcy słynnej International Piano Archives
at Maryland (IPAM).
Jakie są pana dalsze działania promujące muzykę Juliana Fontany?
W planach mam dalsze koncerty z Fontaną na Kubie i Cyprze
dokąd udaję się pod koniec kwietnia, a także we Francji i USA.
Jest pan pianistą, koncertującym artystą. Gra pan utwory z
żelaznego repertuaru, a także odkrywa coś zupełnie nowego – Fontanę.
Jak pan myśli, dlaczego tak niewielu artystów odkrywa zapomnianą
muzykę?
Myślę, że to wynika przede wszystkim ze stereotypowego myślenia
odrzucającego muzykę nieznaną i uznawanie jej za z góry nie wartą
zainteresowania. Wynika to również z lenistwa, braku odwagi i chęci
podjęcia jakiegokolwiek wysiłku w tym kierunku.
A dlaczego według pana kuleje promocja muzyki polskiej w świecie?
Dlatego, że niewielu polskich artystów podejmuje próby popularyzowania
polskiej muzyki, włączając do programów koncertów głównie Chopina,
Szymanowskiego, itd. Na szczęście coraz więcej obcokrajowców sięga
już po muzykę polską, co widzimy obserwując artystów zagranicznych
nagrywających dla Acte Préalable i nie tylko.
Album z muzyką Juliana Fontany to pana debiut na rynku fonograficznym.
Czy nagrania pomagają w karierze?
Aby nagranie w jakikolwiek sposób zaistniało, trzeba włożyć
bardzo dużo pracy czysto menadżerskiej. W dzisiejszych czasach często
trzeba być swoim menadżerem, czego też trzeba się nauczyć. Samo
zrealizowanie nagrania i doskonalenie warsztatu pianistycznego to
za mało.
Planuje pan kolejne nagrania? Chyba nie wszystkie utwory Fontany
zostały nagrane…
Tak, obecnie planuję nagranie płyty z utworami Teodora Leszetyckiego.
Drugą płytę z utworami Fontany będę również nagrywał, ale w terminie
późniejszym.
Jakie są pana najbliższe plany?
Moje najbliższe plany to koncerty z Fontaną w Hawanie na
Kubie oraz nagranie płyty z utworami Teodora Leszetyckiego.
Jakie marzenia?
Szczęśliwa rodzina, satysfakcjonująca i pasjonująca praca.
Spełnienie w zawodzie pianisty i pedagoga.
Dziękuję za rozmowę.
Magdalena
Wolińska, prezes wydawnictwa i redaktor naczelna podpisuje umowę
z Hubertem Rutkowskim
Z pomysłodawcą, fundatorem i organizatorem,
Janem A. Jarnickim, rozmawia Arkadiusz Jędrasik
Właśnie nastąpiło ogłoszenie wyników III Konkursu na Projekt
Nagraniowy „Zapomniana muzyka polska”. Czy mógłby Pan przybliżyć
naszym czytelnikom jego ideę?
Gdy zakładałem dziesięć lat temu moje Wydawnictwo Muzyczne
Acte Préalable, moim głównym celem było rejestrowanie i wydawanie
na płytach kompaktowych muzyki polskiej. Zupełnie wtedy nie wiedziałem,
jak mała jest znajomość repertuaru polskiego wśród polskich muzyków,
a młodych adeptów tej sztuki w szczególności. Przeciętny absolwent
polskich akademii muzycznych nie ma żadnej wiedzy o rodzimych twórcach
i ich dziełach. Jeśli pominiemy kompozytorów żyjących to poza nazwiskami
takimi jak Chopin, Moniuszko, Wieniawski, Paderewski i Szymanowski
cała reszta to „terra incognita”. Nierzadko melomani wiedzą na ten
temat więcej niż zawodowcy. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy również
z tego jak funkcjonuje rynek fonograficzny. Aktualnie artyści, w
szczególności początkujący, mają ogromne problemy by zaistnieć na
rynku fonograficznym. Polskie wydawnictwa nie inwestują własnych
środków w nagrania. Dlatego nawet najlepszy artysta by wydać płytę
musi zgromadzić środki do tego niezbędne, albo własne, albo pochodzenia
publicznego (ministerstwa, samorządy) lub prywatnego. Nie znam w
Polsce wydawnictwa płytowego, które inwestowałoby swoje środki w
nagrania. Na dodatek nie istnieje promocja już dokonanych nagrań.
Artyści się na tym nie znają, a wydawnictwa żyjąc z produkcji płyt
a nie z ich sprzedaży, nie są tym zainteresowane.
Dlatego też trzy lata temu postanowiłem iść pod prąd panujących
tendecji i 1 września 2003 r. ogłosiłem pierwszą edycję konkursu,
drugą w maju 2004 r., a trzecią w maju br.
Jaki był oddźwięk tych konkursów?
Przyznam się, nie bardzo wierzyłem w powodzenie mojego przedsięwzięcia.
Częściowo miałem rację. Na pierwszy konkurs otrzymaliśmy kilkadziesiąt
zgłoszeń, w wiekszości świadczących o całkowitym niezrozumieniu
idei konkursu. Jak inaczej można ocenić propozycję nagrania recitalu,
w którym na dziesięć zgłoszonych utworów, tylko jeden jest polski,
i to na dodatek dosyć znany? Albo projekt nagrania mniej znanych
utworów Chopina? Udało się nam wyłonić laureata ale uznał on, że
Wydawnictwo nie może ingerować w projekt i wolał go nie zrealizować,
niż zrealizować w formie dostosowanej do wymogów rynku płytowego.
Na szczęście drugi konkurs pozwolił nam „odrobić straty”. Wprawdzie
znów otrzymaliśmy wiele „śmiesznych” zgłoszeń niezgodnych z ideą
konkursu ale jeden z projektów nas zachwycił do tego stopnia, że
zamiast jednej płyty debiutująca artystka zrealizowała trzy (omawiany
niedawno cykl Złoty wiek klawikordu w Polsce w wykonaniu klawikordzistki
Marii Erdman).
Ostatni jak dotychczas, trzeci konkurs, przyniósł nam zalew prac,
niektórych na bardzo wysokim poziomie, inne jak zwykle. Laureatem
został młody, zdolny pianista Hubert Rutkowski i jego propozycja
nagrania dzieł Juliana Fontany, przyjaciela Fryderyka Chopina.
Jaką widzi Pan przyszłość dla tego konkursu?
Pierwsze trzy edycje ogłaszane były w różnych datach. Przy okazji
drugiej edycji spotkałem się z zarzutem jakiegoś studenta, że koniec
roku akademickiego to zły termin, bo studenci mają wtedy mnóstwo
zajęć. Również ogrom pracy przy realizacji Grand Prix II Konkursu
spowodował, że przez półtora roku konkuru nie ogłaszałem. Postanowiłem
jednak, że od przyszłego roku konkurs będzie ogłaszany co roku 1
stycznia.
Kto może uczestniczyć w konkursie?
Aby uczestniczyć w konkursie należy zaproponować repertuar zgodny
z nazwą konkursu (zapomniana muzyka polska), przedstawić swoje nagranie
dowolnego repertuaru (aby uniknąć zgłoszeń ludzi nie radzących sobie
jeszcze z wykonawstwem). Jednocześnie uczestnik konkursu nie może
mieć w swoim dorobku nagrań komercyjnych. Chcę pomagać artystom
bez względu na ich wiek, wykształcenie i narodowość debiutującym
w branży fonograficznej.
Bardzo ważnym jest aby zgłaszać projekty monograficzne (poświęcone
jednemu kompozytorowi), a także by ten kompozytor zmarł co najmniej
70. lat temu.
Proszę wyjaśnić te ostatnie dwa warunki?
Zauważyłem, że artyści mają przykrą tendencję nagrywania recitali.
Otóż to co się sprawdza na koncercie zupełnie nie sprawdza się w
fonografii. Muzyk myśli, że skoro zbiera brawa na koncercie, to
każdy słuchacz marzy o kupieniu jego płyty. Być może tak jest w
ciągu 10. minut po koncercie ale nie wiele dni później w sklepie
płytowym, chyba, że się ma taką renomę jak Zimerman, Domingo czy
Mutter. Ci artyści przyciągają swoim nazwiskiem. Natomiast przysłowiowy
Kowalski, dopóki pozostaje w cieniu tych pierwszych, może tylko
przyciągnąć odkrywczym repertuarem. Zrozumieli to w większości muzycy
zagraniczni o czym świadczy ogromna ilość płyt monograficznych poświęconych
zapomnianej muzyce. Recitale pojawiają się na ogół w wielkich wytwórniach,
które i tak coraz mniej swoich środków poświęcają na muzykę poważną.
Nawet płyty tych najznakomitszych – np. Domingo – ukazują się dzięki
sponsoringowi.
Skoro w muzyce polskiej jest tyle do odkrycia, tyle do nagrania,
naprawdę nie warto tracić czasu i energii na nikomu niepotrzebną
płytę.
Jeśli chodzi o drugi warunek to uważam, że kompozytorzy żyjący lub
posiadających spadkobierców nie mogą należeć jeszcze do „zapomnianej
muzyki polskiej”.
Czy sądzi Pan, że wygrana w Pańskim konkursie pomoże artyście
w karierze?
To co może pomóc artyście w karierze to ciężka praca i łut szczęścia.
Przygotowanie projektu, a następnie jego realizacja, to dopiero
początek. Jeśli później artysta nie zadba o koncerty promocyjne,
podczas których będzie grał również repertuar z płyty, nagranie
przejdzie bez echa. Trzeba w promocję samego siebie włożyć wiele
energii, pracy i pieniędzy nie mając pewności, że coś się w zamian
otrzyma. Nie tak łatwo jest zorganizować koncert, na dodatek z wysoką
gażą. Uważam, że będąc na dorobku należy inwestować w siebie, a
tym jest granie również darmowych koncertów. W krajach Europy Zachodniej
czy USA jest czymś oczywistym, że gra się również za zwykłe „dziękuję”.
W Polsce spotkałem się niestety wielokrotnie, i to ze strony debiutantów,
z odmową grania koncertów bez gaży. A przecież nic tak dobrze nie
promuje artysty jak jego obecność na salach koncertowych. Jeśli
przy okazji muzyk może pochwalić się dorobkiem fonograficznym…
W ramach mojego wydawnictwa staramy się organizować koncerty, głównie
by promować nagrania i artystów, którzy je zrealizowali. Niestety
nie zawsze udaje się zgromadzić wystarczające środki by zapewnić
salę, obsługę, reklamę i gażę dla artysty. Niektórym to nie odpowiada.
Artysta więc musi sam zdecydować jak poprowadzi swoją karierę.
Co ciekawe, z dużo większym zrozumieniem realiów spotykam się u
artystów dojrzałych, renomowanych, z ustaloną pozycją na rynku,
a także zagranicznych. Może trzeba temu zaradzić wprowadzając obowiązkowe
przysposobienie do biznesu – artysta jest przecież firmą jednoosobową
– na uczelniach artystycznych stopnia średniego i wyższego. Zawód
muzyka wymaga perspektywicznego myślenia z wieloletnim wyprzedzeniem.
Doraźne działania raczej nic nie dają.
Dziękuję za rozmowę.

Hubert
Rutkowski, Grand Prix III Konkursu na Projekt Nagraniowy
„Zapomniana Mumuzyka polska” za projekt nagrania muzyki Juliana
Fontany, urodził się 15 czerwca 1981 r. w Płońsku. Naukę gry
na fortepianie rozpoczął w wieku 8 lat. Ukończył z wyróżnieniem
Akademię Muzyczną im. F. Chopina w Warszawie w klasie fortepianu
Prof. Anny Jastrzębskiej-Quinn (2005). Obecnie jest studentem Hochschule
für Musik und Theater w Hamburgu w klasie mistrzowskiej Prof. Evgenija
Koroliova. Uczestniczył w wielu prestiżowych kursach mistrzowskich
m.in. w Dusznikach-Zdroju, Catanii (Wiochy) i Weikersheim (Niemcy).
Pracował pod kierunkiem m.in.: H. Czerny-Stefańskiej, A. Jasińskiego,
J. Micheilsa, V. Kozłowa, V. Makarova, T. Szebanowej, V. Gornostajewej,
E. Comisa, I.-S. Romhild oraz Artemis Quartett.
W marcu 2005 r., jako jedyny reprezentant Polski, brał udział w
warsztatach „The 10th International Hamamatsu Piano Academy”, gdzie
miał okazję współpracować m.in: H. Nakamurą, P. Rattalino, P. Palecznym,
M. Beroffem oraz A. Yardim.
Otrzymał nagrody i wyróżnienia na konkursach: 2. nagroda na XV Elise
Meyer Wettbewerb/Hamburg (2006), medal wyróżnienia (półfinalista)
na 52. Maria Canals International Piano Competition/ Barcelona (2006),
1. nagroda na IV Festiwalu Młodych Pianistów w Siedlcach (2000),
nagroda specjalna na IV Festiwalu Młodych Pianistów w Siedlcach
(2000), 1. nagroda na Ogólnopolskich Przesłuchaniach Uczniów Klas
Fortepianu Szkół Muzycznych II st. w Warszawie (2000), 3. nagroda
na Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina
w Wilnie/Litwa (1999), wyróżnienie (finalista) na IV Ogólnopolskim
Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Zabrzu (1999), wyróżnienie
na X Ogólnopolskim Konkursie Pianistycznym w Koninie (1998), finalista
VI Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina
w Szafarni (1998), 3. nagroda na Ogólnopolskim Konkursie Pianistycznym
im. Prof. Ludwika Stefańskiego w Płocku (1994).
Jako solista występował z orkiestrą symfoniczną w Studio Koncertowym
Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego, Filharmonii Narodowej w Warszawie
oraz w Filharmonii im. F. Nowowiejskiego w Olsztynie, jak również
na Litwie, we Włoszech i Niemczech. Jako student Hochschule für
Musik und Theater regularnie koncertuje w Hamburgu i jego okolicach,
zarówno jako solista jak i kameralista (m.in. Laeiszhalle Hamburg,
Museum Ernst Barlachhaus, Hamburg Steinway Haus-Horowitz Saal, Technisches
Universitat Hamburg). Uczestniczył w Międzynarodowym Festiwalu Muzycznym
w Catanii/Włochy (lipiec-sierpień 2004), w ramach którego występował
z Orchestra Sinfonica Giovanile Internazionale pod dyrekcją Tomasza
Bugaja, jak również dał recitale solowe oraz kameralne na Sycylii.
W 2004 r. wziął udział w multimedialnym projekcie Katarzyny Kozyry,
prezentowanym m. in. w Narodowej Galerii Sztuki „Zachęta” w Warszawie,
Postmasters Gallery w Nowym Jorku, Kunsthaus w Grazu, Galleria Civica
d’Arte Contemporanea w Trydencie oraz Kunsthalle w Wiedniu.
W uznaniu swoich osiągnięć, otrzymał Stypendium Krajowego Funduszu
na Rzecz Dzieci oraz dwukrotnie Stypendium artystyczne Ministra
Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2000, 2004). Obecnie jest stypendystą
Budge Stiftung oraz Otto Stoterau Stiftung w Hamburgu.
-- II Konkurs --
Laureatką II edycji Konkursu została ogłoszona w październiku 2004
r. Maria Erdman za projekt "Złoty wiek klawikordu w Polsce".
Fonograficzny debiut roku
Złoty wiek klawikordu w Polsce
z Marią Erdman rozmawia Arkadiusz Jędrasik
Maria
Erdman należy do młodego pokolenia polskich artystek, która dzięki
mecenatowi Jana A. Jarnickiego z Acte Préalable fantastycznie debiutuje
na polskim rynku muzycznym. Rzecz dotyczy premierowego nagrania
na klawikordach Kancjonału Klarysek ze Starego Sącza, bardziej znanego
w gronie specjalistów jako Kancjonał Fabiańskiej. Maria Erdman jest
artystką niezwykłą, bowiem łączy w sobie grę na klawesynie, organach
i klawikordzie. Szlify w interpretacji muzyki dawnej zdobywała na
studiach w Amsterdamie i na wielu kursach mistrzowskich u najwybitniejszych
interpretatorów tej muzyki w Europie. Wśród wykonawców jej pokolenia
trudno wskazać na bardziej zdolną i utalentowaną artystkę grającą
na wymienionych instrumentach.
Z
recitalami występowała w wielu krajach europejskich. Jako kameralistka
towarzyszyła znakomitym artystom. Brała udział w licznych prestiżowych
kursach i sympozjach naukowych dotyczących muzyki dawnej. W swoim
repertuarze ma zarówno wielkie dzieła klasyków, jak i utwory niemal
już dziś zapomniane.
Jej grę można nazwać fascynującą i odkrywczą, gdyż jest w niej spontaniczność,
wirtuozeria, fantastyczne wyczucie formy, piękna barwa dźwięku oraz
ogromna muzykalność i szacunek dla wykonywanego dzieła. Miejmy nadzieję,
że ten spektakularny debiut fonograficzny roku będzie impulsem do
kolejnych równie znakomitych i odkrywczych albumów. Maria Erdman
jest oryginalną osobowością artystyczną na
polskiej scenie muzycznej: znakomita klawesynistka, wybitna organistka
i doskonała klawikordzistka. Umie fantastycznie połączyć w sobie
mocną pasję odkrywczyni zapomnianej muzyki oraz świetny warsztat
i osobowość znakomitej wirtuozki z ogromnym temperamentem.
Przy okazji debiutu fonograficznego udało nam się namówić Marię
Erdman do rozmowy o jej karierze, premierowym nagraniu i kilku zajmujących
sprawach. Polecam zatem interesującą rozmowę z najbarwniejszą organistką
pośród młodych polskich artystów.
Jest
Pani klawesynistką, organistką i klawikordzistką. Który z wymienionych
instrumentów jest Pani ulubionym?
Każdy jest moim ulubionym. Granie na trzech instrumentach
pozwala na obcowanie z trzema zupełnie różnymi od siebie światami
– światem muzyki dworskiej w przypadku klawesynu, kościelnej – organów
i … domowej, z którą to wiąże się klawikord. Historia nie zna wprawdzie
profesji „klawikordzisty” – ale na klawikordzie grali (lub przynajmniej
deklarowali powinność grania) zarówno organiści jak klawesyniści.
Ja jestem z wykształcenia organistką i teoretykiem muzyki, co nie
przeszkadza mi kochać klawesynu. Od strony muzycznej i technicznej
instrumenty te się uzupełniają, dają też możliwość grania całego
repertuaru „klawiszowego”, z okresu kiedy nie precyzowano jeszcze
rodzaju „klawiszy”.
Obserwując Pani karierę da się zauważyć, że jest Pani głęboko
zafascynowana muzyką dawną. Co jest w niej tak niesamowitego…?
Harmonia, kontrapunkt, rytmika, ruch, taneczność, intensywna,
lecz subtelna kolorystyka. Do tego ścisłe powiązanie z życiem, z
kulturą muzyczną „na co dzień” i w domu, nie na podium w filharmonii.
I spokój święty, którego się doświadcza za jej sprawą.
Co wpłynęło na Panią by zostać koncertującą artystką?
Prawdę mówiąc, gdy byłam mała o graniu publicznie myślałam z niechęcią,
za to pisałam dziecinne powieści i sztuki teatralne. Prowadziłyśmy
z moją siostrą tygodnik Jeżowe Kolce i nagrywałyśmy na kasetach
audycje radiowe „dla dzieci”. Nawet po szkole średniej, mimo iż
już wtedy lubiłam brać udział w koncertach, wcale nie myślałam o
sobie jako o „wykonawcy”.
Dopiero studia teoretyczne i organowe obudziły we mnie chęć występów.
Teoria, nawet najzmyślniejsza nie może zostać poznana bez praktyki
muzycznej. Poza tym organiści mają wielką atrakcję w postaci samego
instrumentu – każde organy są trochę inne i oferują inne możliwości
brzmieniowe. Koncertowanie stwarza ponadto możliwość grania na instrumentach
historycznych, co już w ogóle jest przyjemnością nie lada, zarówno
w przypadku organów, jak klawesynu i klawikordu.
A potem wpływali na mnie ludzie – moi nauczyciele, przyjaciele,
wykonawcy, których stawiałam sobie za wzór. Wśród wielu osób, które
przyczyniły się do tego, że wzięłam granie „na poważnie” był mój
Tata. Angażował mnie do przewracania mu kartek i registrowania nawet
gdy byłam jeszcze dość mała i pozwolił mi przekonać się o sensie
wykonawstwa.
Co dla Pani jest istotą bycia dobrą artystką?
Utrzymywanie się w formie, jak najlepsze przygotowanie, granie z
zaangażowaniem i świeże, nie rutyniarskie podejście do występów,
mimo upływu lat.
Tematem naszej rozmowy jest Pani spektakularny debiut fonograficzny,
a dokładniej rzecz ujmując zdobycie Grand Prix w konkursie organizowanym
przez Jana A. Jarnickiego i jego wydawnictwo Acte Prealable, czyli
wydanie płyty z zapomnianą muzyką polską. Pani jako laureatka konkursu
debiutuje aż trzema płytami…
Początkowo nie miałam zamiaru nagrywać całego zbioru Fabiańskiej.
Chciałam nagrać wybrane, najlepsze według mnie utwory i zrobić jedną
płytę. Do nagrania całości namówił mnie jednak pan Jan A. Jarnicki.
Nagranie jest wszak formą dokumentacji – pomyślałam zatem „czemu
nie”. Teraz też myślę, że żałowałabym, gdybym nagrała tylko wybór.
Co to takiego jest „Kancjonał Fabiańskiej”?
Jest to manuskrypt zatytułowany Arie z różnych autorów zebrane Anno
1768 do grania na pozytywie lub szpinecie podczas Nabożeństwa w
Kościele. Na chwałę Pana Boga na Honor N.M. Panny y Błogosławionej
Kunegundy powstały i przechowywany w Klasztorze Sióstr Klarysek
w Starym Sączu. Zbiór został przekazany w roku 1768 siostrze Ozannie
Fabiańskiej, skryptorce klasztornej i wzbogacony przez nią kolejnymi
utworami. Przyjęło się ten zbiór nazywać „kancjonałem” z uwagi na
Arie które zawiera, mimo iż nie są one utworami przeznaczonymi do
śpiewania, tylko do grania na organach, pozytywie, klawesynie lub
klawikordzie. Muzyka tego rodzaju towarzyszyła życiu w klasztorze,
służąc zarówno jako akompaniament liturgii jak i rozrywka.
Jak przebiegały prace nad nagraniem, bowiem realizowano je
etapami i w kilku miejscach?
Zdecydowaną większość utworów (ok. 80.) nagraliśmy w Herrenhaus
w Sieversdorf, uroczym zabytkowym wiejskim niemieckim dworku niedaleko
polskiej granicy w ciągu trzech dni. Pozostałe utwory nagraliśmy
w Warszawie, w podziemiach kościoła Ewangelicko-Reformowanego. W
kilka tygodni po zakończeniu pracy dowiedziałam się, że Andreas
Hermert z Berlina skończył budować kopię starosądeckiego klawikordu
i postanowiłam włączyć ten instrument do projektu – przecież to
gratka. Znaleźliśmy zatem życzliwie udostępnione miejsce, w Szkole
w Laskach pod Warszawą, gdzie na tym najcichszym ze wszystkich użytych
klawikordów nagraliśmy 5 utworów.
Jakim instrumentem, jest zapomniany dziś prawie całkowicie
w Polsce, klawikord?
Jest to instrument zapomniany nie tylko w Polsce, lecz stopniowo
wracający na swoje miejsce – do dydaktyki i życia koncertowego.
Klawikord jest instrumentem starym – wywodzi się od starożytnego
monochordu, któremu na przestrzeni wieków dodano kolejne struny
i klawiaturę, której ambitus z kolei rozszerzano, w związku z powiększaniem
się skali muzycznej i rozwojem muzyki wielogłosowej. Na przestrzeni
tysiąca lat swojej historii ewoluował znacznie, nie zmieniając jednak
swojej generalnej koncepcji co do wydobycia dźwięku. Przeżył dwa
„renesansy” – w szesnastym i osiemnastym wieku. Był uznawany za
„matkę wszystkich instrumentów klawiszowych” i podstawowym instrumentem
klawiszowym, od którego zaczynano naukę gry.
Klawikord jest żywą historią teorii muzyki – już jako monochord
służył do eksperymentów w zakresie podziału struny i demonstracji
interwałów. Jest bardziej związany z temperacjami skali niż klawesyn,
jako że w swojej wersji „wiązanej” przyporządkowany jest jednej
temperacji. Jest instrumentem zdumiewającym w swej prostocie, a
zarazem posiadającym najbardziej giętki ze wszystkich instrumentów
klawiszowych dźwięk, na który ma się wpływ już po uderzeniu w klawisz
– jest więc bliski instrumentom strunowym smyczkowym. Nie bez powodu
Brahms zwał go „kwartetem smyczkowym w miniaturze”. Nie bez powodu
komponował swoje kwartety przy klawikordzie Haydn.
Klawikord jest świetnym instrumentem dydaktycznym, bardzo wymagającym
od strony technicznej i wrażliwym na poprawny aparat gry.
Jest to wreszcie instrument cichutki, kameralny, skłaniający do
autorefleksji i umożliwiający intymny kontakt z muzyką, jej przeżycie
bez nastawienia na pokaz i koncertowanie.
Jak Pani ocenia wymagania techniczne nagranych przez siebie
utworów z „Kancjonału Fabiańskiej”?
Zbiór Fabiańskiej zawiera utwory bardzo zróżnicowane pod
względem trudności technicznej. Jak już wspomniałam, początkowo
planowałam nagrać wybrane arie, atrakcyjne od strony muzycznej i
technicznej. Stało się inaczej i tym sposobem płyta prezentuje zbiór
w którym utwory łatwe sąsiadują z trudnymi.
Do podstawowych trudności z którymi musi sobie poradzić grający
na klawikordzie należą wydobycie „zdrowego”, dobrego, brzmiącego
dźwięku z instrumentu oraz problem tempa. Granie „szybko” na klawikordzie
jest probierzem mistrzostwa i wymaga wielu lat grania i koncertowania
na tym instrumencie. Technika wydobycia dźwięku na klawikordzie
różni się znacznie od współczesnej techniki pianistycznej, jest
znacznie bliższa technice gry na historycznych organach. Granie
szybkich przebiegów czy pasaży w sytuacji, gdy trzeba „zapracować”
palcem nie tylko na początek dźwięku lecz również na jego „ciąg
dalszy” wymaga dużej wprawy. Ja nagrałam płytę w czwartym roku swojego
obcowania z klawikordem, decydując się na dość odważny i trudny
krok. A wymagania techniczne tych „trudnych” Arii ze starosądeckiego
zbioru przysłużyły mi się z pewnością.
Do nagrania użyła Pani kilka klawikordów, dlaczego… Jakie
są między nimi różnice?
Złożyło się tak, że miałam do dyspozycji kilka instrumentów.
Oryginalny instrument z końca osiemnastego wieku oraz kilka kopii.
Użyłam wszystkich ponieważ, po pierwsze w osiemnastym wieku różne
typy klawikordu były w użyciu, a po drugie chciałam jak najbardziej
urozmaicić tak duży przecież projekt.
Pięć klawikordów użytych w nagraniu to instrumenty bardzo różne
i pokazujące różne twarze klawikordu. Łączy je fakt bycia instrumentami
tak zwanymi „wiązanymi”, a różni wiele – wiek, system wiązań, pozycja
płyty rezonansowej, skala, strój, temperament, a nawet kształt.
„Wiązanie” w klawikordzie oznacza, że jedna struna (para strun w
przypadku klawikordu, jako że klawikordy zwyczajowo są strunowane
podwójnie) „obsługuje” dwa tangenty, które umieszczone są nad struną
jeden za drugim, niczym palce skrzypka nad tą samą struną. Z takiego
„sparowanego” półtonu można wydobyć zatem jeden tylko dźwięk, ponieważ
w interwale granym w sposób harmoniczny (to znaczy razem) będzie
brzmieć tylko wyższy dźwięk. System ten, aczkolwiek stanowiący ograniczenie
wykonawcze, zwłaszcza w grze legato, przyczyniał się do zmniejszenia
gabarytów klawikordu (jako że pozwalał na zmniejszenie liczby użytych
strun) i zwiększenia dźwięczności klawikordu (bo dźwignie klawiszowe
nie musiały być tak długie i umożliwiały szybszy ruch tangentu).
Oryginalny instrument z 1790 r., sygnowany przez Franza Josepha
Bouthilliera należy do grupy średnich wiązanych klawikordów z już
pełną dolną oktawą, lecz wciąż stosowaną temperacją średniotonową,
w końcu XVIII wieku w klawikordach spotykaną już stosunkowo rzadko.
Drugi to kopia klawikordu Georga Haase z 1692 r. o kształcie pentagonalnym,
z krótką oktawą i strojonego średniotonowo, bardzo cichutkiego i
małego jak zabawka. Trzeci, to swobodna kopia anonimowego klawikordu
z Muzeum Instrumentów Muzycznych w Lipsku, z drugiej połowy osiemnastego
wieku, zrobiona przez Ryszarda Moroza. Ciekawostką jest, że instrument
ten w kształcie prezentowanym na nagraniu już nie istnieje – został
przebudowany – między innymi wymieniono w nim klawiaturę (z czarnego
dębu wyłowionego z Wisły). Nasze nagranie zatem jest ostatnią dokumentacją
specyficznego, mocno „lutniowego” brzmienia tego instrumentu.
Następnie, w ramach eksperymentu, a również przez sentyment, odważyłam
się włączyć do nagrania swój własny klawikord, zrobiony z części
w 2000 r. Jest to instrument wzorowany na modelu budowniczego Gottloba
Huberta, zbliżony do modelu z drugiej połowy osiemnastego wieku.
Na koniec włączyłam do projektu rewelację ostatnich lat, kopię klawikordu
z Klasztoru Klarysek w Starym Sączu. Instrument ten, do dziś przechowywany
w zbiorach klasztornych jakoś umknął uwadze badaczy, a raczej –
wiadomo było, że on tam jest, ale nie dostrzeżono jaki to ciekawy
i unikalny klawikord. A jest po pierwsze – sygnowany, a sygnowanych
instrumentów z siedemnastego wieku jest zaledwie kilkanaście na
świecie. Zrobił go Albertus Septemda (..) /mensator cracouiensis/Anno
Domini 16[?]4. Po drugie – cechy jego konstrukcji wskazują na prawdopodobnie
starsze datowanie niż to na które wskazuje sygnatura (16[?]4). Klawikord
ten posiada bowiem niską płytę rezonansową i równolegle do ściany
przedniej ułożone struny, oparte na prostym, renesansowym mostku.
Po trzecie – system prowadzenia klawiszy w tym klawikordzie jest
unikalny i spotykany tylko jeszcze w dwóch klawikordach na całym
świecie, i to pochodzących z Ameryki Południowej, dokąd klawikord
zawędrował z misjami. Nie dość więc, że starosądecki klawikord naprowadza
nas na ślad krakowskiej szkoły rzemieślniczej, która na przełomie
szesnastego i siedemnastego stulecia robiła klawikordy według tradycyjnych,
starych wzorów, to jeszcze sugeruje pewne związki z określonym typem
klawikordu, a środowiskami klasztornymi. Chyba dość interesujący
materiał, jak na instrument, co do którego nazwy badacze mieli przez
lata wątpliwości i nazywali go raz „szpinetem”, a raz „organkami”,
nieprawdaż?
Czy ktoś oprócz Pani gra te utwory?
Z moich obserwacji życia koncertowego, widzę że rzadko,
ale Arie ze zbioru starosądeckiego pojawiają się na koncertach.
Jest to związane z rosnącą popularnością zapomnianego i „drobnego”
repertuaru, który coraz częściej bywa włączany w programy koncertów,
obok dużych form. Fakt, że częściej bywają one grane za granicą…
Jakimi walorami atrakcyjnymi dla melomanów nacechowane są
utwory z „Kancjonału Fabiańskiej”?
Są melodyjne, krótkie, miłe w odbiorze. Niekiedy dowcipne,
zaskakujące, dziwaczne. Albo zupełnie kiczowate. Albo wzruszające
naiwnością, prostotą. Ale są „jakieś”.
Podejmując się nagrania „Kancjonału Fabiańskiej”, trzeba dokładnie
znać stylistykę tamtej epoki oraz być odpowiednio kwalifikowanym
do wykonywania muzyki z epoki, Pani takowe kwalifikacje zdobywała
na studiach w Holandii. Proszę nam o tym opowiedzieć…
Muzyką dawną zainteresowałam się już w szkole średniej, a podczas
studiów w Akademii w Warszawie zaczęłam jeździć na kursy. Do Amsterdamu
pojechałam uczyć się grać na klawikordzie i korzystać z możliwości
uczestniczenia we wszystkich zajęciach na wydziale Muzyki Dawnej.
Ponieważ wydział ten istnieje w Conservatorium van Amsterdam od
lat i jest rozbudowany, student ma wiele możliwości udziału w zespołowych
projektach, pracując z różnymi pedagogami o różnych specjalnościach
i poznając różne style. Myślę, że Holandia jest dobrym miejscem
do studiowania, dającym dostęp do potrzebnych źródeł, nut, książek
i spotkania z ludźmi, którzy się muzyką dawną żywo interesują i
nie boją się ciągle w niej odkrywać nowych rzeczy ani łamać „dogmatów”.
Jakie jest Pani zdanie o wykonywaniu muzyki dawnej i barokowej
na instrumentach z epoki, czy na instrumentach współczesnych…
Jestem generalnie za historycznym wykonawstwem. Nawet Chopina,
który zaczyna zwolna należeć do muzyki dawnej toleruję w zasadzie
tylko na historycznych fortepianach – dopiero na nich można usłyszeć
klarowność polifonii Chopina, pozbawioną steinwayowskiego symfonicznego
brzmienia.
Wykonywanie muzyki dawnej na instrumencie współczesnym może być
jednak ciekawe, jeśli wykonawca gra ze świadomością treści, które
chce przekazać i zna historyczne techniki wykonawcze. Przecież w
końcowym efekcie liczy się to „jak” się gra, liczy się treść utworu
i przekonanie i wzruszenie słuchacza, a nie medium.
Jak dzisiaj przyjmowana jest muzyka dawna w Polsce i poza
naszymi granicami?
Wydaje mi się, że różnica w podejściu do historycznego wykonawstwa
w Polsce i na świecie polega głównie na tym, że na Zachodzie muzyka
dawna przestała być postrzegana jako „dziwny i gorszy gatunek muzyki,
dla wykonawców, którym nie powiodło się w muzyce klasycznej”. U
nas natomiast wciąż pokutuje pogląd, że skrzypek barokowy to zły
skrzypek, a klawesynista to „niedorobiony” pianista. Organistom
też się przy tej okazji „dostaje”. Obojętność wobec tego co się
obecnie na rynku dzieje i trzymanie się takich poglądów wciąż mnie
dziwi.
Muzyka dawna jest już od wielu lat bardzo popularna na Zachodzie.
U nas nawet się o niej mówi i pisze, natomiast wybitnych wykonawców
wciąż brak. Dlaczego tak jest, skoro mamy prawie 300 szkół muzycznych,
w tym 8 wyższych, a wyjazdy zagraniczne nie stanowią już żadnego
problemu?
W ilu z tych naszych szkół muzycznych traktuje się muzykę
dawną serio? Wyjazdy zagraniczne nie są też taką znów „bułką z masłem”,
głównie ze względów finansowych.
A potem, jak już ktoś okaże się takim wariatem, że zainwestuje w
swoją edukację, a zarabia w Polsce tyle, ile zarabia i musi pracować
na kilku etatach, to jak ma być „wybitny”? Polscy wykonawcy są z
reguły zmęczeni i zagubieni w kwestii przeżycia w trudnych warunkach.
I to chyba jest główny powód.
Na zachodzie Europy każde większe miasto ma jakiś zespół zajmujący
się muzyką dawną. W Polsce takich zespołów jest kilka, ale gdy się
im przyjrzeć z bliska, okazuje się, że nazwy mają różne, dyrygentów
też, natomiast instrumentaliści są wciąż ci sami. Co powoduje, że
artyści polscy nie zauważają ogólnoświatowego nastawienia na muzykę
dawną?
Zauważać zauważają – ale co z tego? Mamy w Polsce określoną
liczbę instrumentalistów, tak małą, że z tej grupy nie zrobi się
trzech oddzielnych zespołów. Do tego takie zespoły miałyby potężny
problem z utrzymaniem się. To nie artyści nie zauważają europejskich
trendów – to rząd ich nie zauważa. W tej sytuacji można z Polski
ewentualnie wyjechać, po to aby godnie żyć. Czy taką decyzję powinni
podjąć wszyscy?
Zapytam Panią przy okazji o muzykę polską, którą znamienity
polski muzykolog prof. J. Reiss nazwał „najpiękniejszą”. A jednak
rzadko pojawia się na koncertach polskich muzyków, czy to w kraju,
czy na Zachodzie. Dlaczego?
Dla Niemców najpiękniejszą jest muzyka niemiecka, Włosi
wiedzą, że to oni są najmuzykalniejsi, a dla Francuzów nawet Bach
jest Francuzem. No właśnie.
Wydaje mi się, że mimo zakorzenionego w polskiej naturze uprzedzenia
do pielęgnowania własnych tradycji, czyni się powoli kroki w kierunku
promocji polskiej kultury, w tym i muzyki, czego i ja jestem, mam
nadzieję, przykładem. Żeby promować muzykę polską trzeba mieć do
niej przekonanie i zdolność uplasowania jej na tle twórczości europejskiej,
czy wręcz światowej.
Może Polacy potrafią w ogóle działać tylko w stanie zagrożenia…?
Wtedy jakoś ich patriotyzm przestaje być frazesem i świadomość tego
kim są i gdzie mieszkają wraca. A w czasie pokoju potrafią tylko
zwalczać się nawzajem i eliminować co zdolniejsze jednostki czy
co śmielsze inicjatywy? Nie wiem.
Czy jest szansa na promowanie polskiej muzyki w świecie i
jak należałoby to czynić?
Zdecydowanie jest – należy ją po prostu wykonywać, nagrywać,
brać udział w seminariach, wykładach, opowiadać o niej, przybliżać.
Ale głównie i przede wszystkim grać.
Uczestniczyła Pani w wielu kursach interpretacji, seminariach
dla klawikordzistów i innych tego typu imprezach. Co one dają artyście?
Wiedzę, umiejętności, możliwość nawiązania kontaktów i pokazania
swojej gry. Kursy są wartościową formą edukacyjną, cenną głównie
wtedy, jeśli wie się po co się na nie jeździ i czego się szuka.
Stwarzają okazję wyrwania się z rutyny, konfrontacji z różnymi opiniami.
W przypadku organistów wyprawa na kurs prowadzony na określonym
typie instrumentu jest wręcz nieodzowna, jeśli myśli się poważnie
o studiowaniu. Kursy są też dobrą opcją kontynuowania edukacji po
skończeniu studiów. Wiadomo, że Akademii nie kończą „gotowi” artyści,
lecz adepci, wciąż wymagający ręki mistrza i opieki artystycznej.
Śpiewacy nie wstydzą się brać lekcji regularnie, nawet po wejściu
na drogę intensywnej kariery zawodowej i pozostawania w stałym i
długoletnim kontakcie z nauczycielem. Kontakt ten ewoluuje przez
lata, ale relacja uczeń – mistrz pozostaje i może ona być inspirująca
i od każdej strony wartościowa.
Istnienie seminariów naukowych i artystycznych wynika z naturalnej
potrzeby dzielenia się wiedzą i doświadczeniami i służy w efekcie
podniesieniu poziomu nauki czy umiejętności. Jest to zjawisko typowe
dla każdej grupy ludzi zajmujących się czymś na serio. Nawet hodowcy
zwierząt mają swoje zjazdy.
Seminaria, konferencje są poza tym świetną okazją do promocji polskiej
muzyki, trafiającą bezpośrednio do środowisk muzycznych innych krajów,
a więc w samo centrum zainteresowania muzyką.
Angażuje się Pani również w projekty muzyki kameralnej. Czy
to nie trudne – zrezygnować z pozycji solisty?
Nie wiem czy „pozycja solisty” służy nawet samemu soliście,
jeśli zapatrzy się on zbytnio w swoje „solo”, tracąc jednocześnie
kontakt z instrumentem, a niekiedy i utworem… można by się w sumie
zastanawiać ile potrzeba „solisty w soliście”, tak żeby jego produkcja
mogła utrzymać się w ramach strawności. Żartuję sobie trochę, ale
to dlatego, że w ogóle nie postrzegam wykonawstwa w tych kategoriach.
Naczelną zasadą dobrego muzykowania jest umiejętność słuchania –
czy to instrumentu na którym się gra, czy innych muzyków, w przypadku
grania w zespole. Coś takiego jak „pozycja solisty” dla mnie nie
istnieje.
Woli Pani występy na żywo czy nagrania w studiu?
Przy nagrywaniu płyty bardzo brakowało mi publiczności.
Byłam tym prawdę mówiąc zaskoczona. Sądziłam, że nie będzie mi to
robić różnicy, a jednak widzę, że nic nie zastąpi prawdziwego, żywego
odbiorcy.
Jest Pani bardzo zajętą artystką. Czy miewa Pan chwile czasu
wolnego? Jak je Pani spędza?
Chodzę na koncerty, do opery, teatru, kina. Albo po górach.
A jak jest u Pani ze słuchaniem muzyki?
Chodzę z discmanem.
Których artystów grających na klawesynie, organach, czy klawikordzie
ceni Pani najbardziej i czy są dla Pani inspiracją?
Jest ich wielu, bo wielu było i jest świetnych wykonawców.
Są oni wielką inspiracją – bez nich człowiek nie grałby tak jak
gra. Wymienię tylko kilku. Z organistów bardzo cenię Oliviera Latry,
Michaela Radulescu, Haralda Vogla, Gustava Leonhardta, Christophera
Stembridge’a, Pietera van Dijka. Na klawesynie – Christoph Rousset,
Richard Egarr, Robert Hill. Do ciekawych osobowości na klawikordzie
należą Menno van Delft i Miklos Spanyi. Jest jeszcze jedno nazwisko,
Andreas Staier, którego gra na pianoforte jest dla mnie zawsze świetną
lekcją muzyki i nieprawdopodobnym przeżyciem w ogóle.
Czyje utwory ceni Pani najbardziej? Co najczęściej Pani grywa
w domu, dla siebie?
To jest bardzo trudne pytanie. Nie umiem wymienić tylko
jednego czy dwóch nazwisk. Jest tyle świetnej muzyki, że nie starcza
człowiekowi życia żeby to wszystko po prostu przegrać. Lubię w zasadzie
wszystkie epoki muzyczne i wszystkie są mi, na sobie właściwy sposób,
bliskie. Renesans daje może ze wszystkich największy spokój i wytchnienie.
Gdybym jednak miała wymienić kilku ukochanych kompozytorów, ograniczając
się tylko do twórczości organowej, to wymieniłabym Jana Sebastiana
Bacha, starych Włochów z Frescobaldim na czele, Buxtehudego, Cesara
Francka i Feliksa Nowowiejskiego.
Gram w domu Mozarta, Haydna, Chopina. I Pucciniego, z wyciągów fortepianowych.
Jakie są Pani plany na przyszłość? Jakich kolejnych albumów
płytowych możemy się od Pani spodziewać?
Mam w planie nagranie płyty z polską muzyką organową. Repertuaru,
który czeka na opanowanie jest bardzo dużo, chciałabym mieć więcej
czasu i sił na przygotowanie i urzeczywistnienie wszystkich swoich
planów.
Aktualnie fonografia przeżywa poważny kryzys, płyty nie znajdują
nabywców. Jak Pani zachęci melomana do nabycia „swoich” debiutanckich
albumów?
Pojadę gdzie się tylko da z koncertami promocyjnymi. Powoli
rodzi się też projekt we współpracy z wybitną tancerką Romaną Agnel
nad zilustrowaniem starosądeckich arii tańcem. Taniec towarzyszył
muzyce w epoce galant, nie omijając również środowisk klasztornych,
a jest niewątpliwie najatrakcyjniejszą wizualnie formą sztuki muzycznej
– myślę, że taki spektakl może w sposób atrakcyjny pokazać walory
starosądeckiego „kancjonału”.
Trudno sobie w tej chwili wyobrazić poważnego artystę nie
mającego swoich płyt. Płyta kompaktowa jest równie ważna, a może
i bardziej, co elegancka wizytówka, telefon komórkowy czy adres
e-mail. Jak Pani sądzi, dlaczego tak mało młodych polskich artystów
przywiązuje do tego wagę?
Prawdę mówiąc nie wiem kto przywiązuje, czy przywiązuje
i dlaczego nie przywiązuje. Czy naprawdę jest tak, że nie przywiązują
wagi? Może raczej nie mają pomysłu na to co grać, co jest trochę
smutne, ale cóż zrobić. Albo mają, ale obawiają się krytyki. Albo
czują się niegotowi. Z drugiej strony, czy można czuć się gotowym
będąc świeżo po studiach i mając małe doświadczenie? Trzeba kiedyś
od czegoś zacząć, to jest jedyna droga.
Dziękuję za rozmowę.
-- I Konkurs --
Laureatką I edycji Konkursu została ogłoszona w styczniu 2004
r. Magdalena Lisak za projekt "Kompozytorki polskie przełomu
XIX i XX w". Artystka nie podjęła się realizacji tego projektu.
|