Od redakcji
   Życie
   Człowiek
   Dzieło
   Myśli
   Kolekcja melomana
   Konkursy
   Nuty / Scores
   Prenumerata
   Archiwum
   Redakcja
   English
   Reklama
   Partnerzy

Adres:
Wydawnictwo Muzyczne Acte Préalable Sp. z o.o.
dla: Muzyka21
skr. pocztowa 71
02-800 Warszawa 93
tel.: (22) 648 88 38
muzyka21@interia.eu

Konkurs
na Projekt Nagraniowy Zapomniana muzyka polska
Wydawnictwa Muzycznego
Acte Préalable
Archiwum

 




w następnym numerze

powiększ

 

katalog stron internetowych

• Muzyka polska jest w centrum naszego zainteresowania

 
CZŁOWIEK
 

Krajobrazy i historie miłosne


O nagraniu koncertów Chopina opowiada pianista Lang Lang
i dyrygent Zubin Mehta

powiększLang Lang • fot. Felix Broede/DG

Co skłoniło Pana do nagrania „Koncertów” Chopina?

Próbuję nieustannie poruszyć młodą publiczność i Chopin jest tu idealnym kompozytorem. Jego muzyka jest tak wszechstronna, że nawet te osoby, które generalnie nie lubią muzyki poważnej, lubią Chopina. Osoby te są wrażliwe na jego romantyzm i szlachetność. Lecz jeśli się go gra w sposób zbyt romantyczny, to muzyka ta staje się piosenką popową – klasycyzm pozwala uniknąć tego niebezpieczeństwa. Chopin prezentuje doskonałą równowagę, tak samo, chociaż w zupełnie inny sposób jak Mozart, jego idol. Uważam, że bardzo trudno jest mówić o tym kompozytorze ze względu na jego wielki świat uczuć i talentu. Kompozytor ten zmusza do szybkiej reakcji na to, co zostało właśnie wyrażone muzycznie, zmusza do myślenia improwizacyjnego.
Jaki był pierwszy utwór Chopina, który Pan zagrał?
To był Walc Des-dur, zagrałem go mając pięć lat. Kiedy miałem siedem lat zagrałem etiudę „na czarnych klawiszach”, potem były inne walce i ronda, następnie zająłem się balladami. W wieku 13 lat grałem już wszystkie Etiudy. (...)

Na skraju dnia

z kompozytorem Tomaszem Kamieniakiem rozmawia Arkadiusz Jęrasik

powiększTomasz Kamieniak • fot. Norbert Siwinski

Zaczął komponować jakby przy okazji kariery pianistycznej. W swojej twórczości stara się szukać rozmaitych przestrzeni, w których słowo da się połączyć z muzyką. Tym samym chce odkrywać i wyjaśniać różne ukryte symbole, a może sam skrywa się za tymi symbolami. Jego muzyka jest tajemnicza, liryczna, a przy tym głęboka i bardzo piękna. Do swoich duchowych mistrzów zalicza zarówno św. Franciszka z Asyżu, jak i Henryka Mikołaja Góreckiego. Dzieła Tomasza Kamieniaka oscylują w świecie, który znamy z utworów Zbigniewa Preisnera, Wojciecha Kilara, Henryka Mikołaja Góreckiego, Philipa Glassa, ale też w inspiracjach jest miejsce dla Wagnera, Liszta, Alkana. Swoim debiutanckim albumem Na skraju dnia wprowadza nas w swój muzyczny świat…

Oprócz kariery pianistycznej, rozwija się pana kariera kompozytorska. Kiedy postanowił pan pisać muzykę?

To wyszło samo z siebie i tak pozostało do dziś. Niektórzy mogą się oburzyć lub brać mnie niepoważnie, jakim prawem śmiem się nazywać kompozytorem skoro nawet takich studiów nie odbyłem. Bo tak naprawdę w tej kwestii jestem autodydaktą. Wprawdzie zdałem na studia teorii i kompozycji, ale wiedziałem, że mam zbyt wiele do zrobienia na fortepianie. Pozwoliłem sobie jedynie uczęszczać w formie fakultetów na niektóre przedmioty. Chodziłem m.in. na zajęcia do prof. Stanisława Kosza, redaktora Andrzeja Chłopeckiego, Edwarda Bogusławskiego (techniki kompozytorskie XX w.), Juliana Gembalskiego (improwizacja klasyczna). Moje pierwsze próby kompozytorskie, jak patrzę w swoje bazgroły, pochodzą z okresu, gdy miałem 12 lat. Pamiętam też, że właśnie jeden utworek prezentowałem na egzaminie do szkoły muzycznej (moje drugie podejście). Ten okres był pod znakiem Chopina, nagrywałem sobie wówczas z radia jego muzykę. Miałem dość pokaźną kolekcję i tym sposobem poznałem jego całą twórczość. Stąd moje pierwsze utwory to mazurki (zachowane).
A jakie są pańskie dotychczasowe sukcesy kompozytorskie?
To przede wszystkim autorski recital w Akademii Muzycznej w Katowicach, gdzie wykonałem szereg moich utworów fortepianowych. Kolejna rzecz to wykonanie mojego II Kwartetu smyczkowego „Parsifal” op. 34 pod honorowym patronatem Henryka Mikołaja Góreckiego. Z nowszych, 18 maja 2008 r. odbyło się pierwsze wykonanie mojego Introitus na organy w Szwajcarii. A 1 czerwca 2008 r. w Niemczech, podczas liturgii, wykonałem osobiście swój Introitus. Anna Górecka zamówiła u mnie Sonatę na fortepian, utwór ten będzie wykonany w 2009 r. w ramach jej habilitacji, obok sonaty Grażyny Bacewicz i Henryka Mikołaja Góreckiego. W 2006 r. Gabriela Szendzielorz-Jungiewicz podczas Muzycznego Lata w Rybnej wykonała mojego walca, który został na jej prośbę napisany. Artystka ta od lat kolekcjonuje walce XX-wieczne i składa zamówienia kompozytorom na nowe. Dla mnie wielkim sukcesem jest powstanie każdego mojego utworu.
Niemal równolegle z płytą z utworami Józefa Wieniawskiego ukazuje się płyta monograficzna z pańskim dziełami fortepianowymi o bardzo tajemniczym tytule „Na skraju dnia”. Skąd pomysł na jej powstanie?

Pomysł na nagranie płyty z własnymi utworami już od dawna był we mnie obecny. Zresztą myślę, że każdy młody kompozytor marzy, by uwiecznić swoje dzieło, by potem w każdej chwili móc je sobie odtworzyć. Tak się złożyło, że w tym roku otrzymałem stypendium Urzędu Marszałkowskiego w Katowicach, więc tym sposobem mogłem zrealizować swój pomysł i marzenie. Na skraju dnia to tytuł niemieckiego wiersza Am Rande des Tages ojca Norberta Siwinskiego, do tego wiersza powstał mały cykl miniatur fortepianowych. Każdy z nas bywa w swoim życiu na jakimś zakręcie, na skraju nieznanego, nieodgadnionego. Stąd też tytuł albumu.
Jak pan podszedł do interpretacji swojej muzyki?
Jako pianista-kompozytor. W tym przypadku jest dużo łatwiej nagrywać, gdyż jako kompozytor znam swoje utwory „od podszewki” i wiem, co chcę przekazać, jak również, na co mogę sobie pozwolić.
Słuchając płyty „Na skraju dnia” bez trudu dostrzega się, że jest w niej dużo poetyckiej melancholii. Pana twórczość jest bardzo liryczna, śpiewna, choć miejscami inspirowana impresjonizmem. Każdy utwór ma swój niepowtarzalny klimat mieniący się mnóstwem pięknych kolorów. Ba, miejscami pana muzyka zdaje się być niczym muzyka filmowa. Proszę nam ją przybliżyć…
Moja muzyka jest bardzo osobista, zazwyczaj połączona z jakimiś wydarzeniami. W niej też zawieram własne, osobiste klucze muzyczne, muzyczne sfinksy, przeżycia i przemyślenia, i te trudne, i te dobre. Stąd różne barwy – różne uczucia – jak w życiu. Inspiracji jest wiele: muzyka Wagnera, Alkana, późna twórczość Liszta, minimal music, ważne też są inspiracje religijne, duchowość, wiara. Moja muzyka jest też wyrazem mojego postrzegania świata. Jako, że postać św. Franciszka z Asyżu jest mi bardzo bliska, staram się według prostych, ale jakże głębokich zasad jego duchowości zawierać własne przeżycia i doświadczenia w utworach muzycznych. Bo jak też można mówić o miłości, śmierci, smutku, melancholii, zwątpieniu, nadziei, spełnieniu? Dla mnie każda tonacja ma jakiś wyraz, ciężar, znaczenie – jest to bagaż, który ma swoją historię – historię, z którą niejako koresponduję. Muzyka afektu, muzyka symbolu, ukrytych znaczeń, motywy przewodnie Sfinksy muzyczne, czyli to co zapoczątkował Jan Sebastian Bach, układając ze swojego nazwiska temat muzyczny B-A-C-H, a później przejmowali inni twórcy jak np. Robert Schumann czy w dzisiejszych czasach Henryk Mikołaj Górecki – wszystko to można znaleźć w mojej muzyce. Na płycie znajdują się cztery cykle, w tym najnowszy z tego roku. Na skraju dnia, cykl z alternatywnym zakończeniem optymistycznym lub pesymistycznym. Księga Iluzji będąca niejako drugą odsłoną Księgi Tajemnic, która ukaże się na kolejnym krążku, jest pełna ukrytych znaczeń, wyżej wspomnianych rzeczy. Medytacje – cykl sześciu miniatur, duchowych modlitw, muzyki rozciągniętej w czasie, franciszkańskiej prostoty, ale pełnej głębi treści, uczciwości i przejrzystości. Oraz Suita – podróż przez wieki.
Pana twórczość jest inna niż panujące obecnie w muzyce współczesnej mody (patrząc po płytach ukazujących się obecnie na rynku, czy audycjach radiowych) prezentowane choćby na Festiwalu Warszawska Jesień, czy w radiowej Dwójce. Pisze pan muzykę zgoła inną, chyba nawet dla innych odbiorców, niż bywalcy wspomnianego festiwalu, czy słuchacze audycji radiowych… Dla jakiego odbiorcy pisze pan swoje dzieła, bo wydają się one kontynuacją tego, co zostawił nam koniec XIX w. i początek XX, omijając łukiem osiągnięcia kompozytów awangardowych z pierwszej połowy XX w. i obecnych?
Dla jakiego słuchacza? Dobre pytanie – nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Piszę swoje utwory dla człowieka dzisiejszego czasu, który szuka samego siebie – odpowiada na podstawowe pytania. Człowieka, który w stanach zwątpienia, bezradności zatrzyma się, zamyśli, zastanowi. Jeśli dowiaduję się, że moja muzyka trafia do serca, że pozwala odpłynąć, wyłączyć się, pozwala się oderwać od tego świata, że zostają odczytane moje myśli to, czego można chcieć więcej. Można powiedzieć, że cel został osiągnięty. To prawda, awangarda była i jest dla mnie tylko godną podziwu ciekawostką, nigdy mnie jednak nie pociągała. Dzisiejsza muzyka współczesna to bardzo szerokie pojęcie: każdy pisze jak chce. Jeśli miałbym się przyłączyć do jakiejś frakcji dzisiejszych kompozytorów, to na pewno do Henryka Mikołaja Góreckiego, Arvo Pärta, Johna Tavenera, Philippa Glassa, Johna Adamsa, Michaela Nymana.
Czyli bliżej panu z własną twórczością do Glassa, Góreckiego, niż Bouleza, Stockhausena…
Tak, to prawda. Nie ukrywam moich fascynacji Glassem czy Góreckim, jak i wieloma innymi. Boulez czy Stockhausen to nie mój świat, jest mi to zupełnie obce, choć nie można negować tego, jaki wkład włożyli w rozwój muzyki.
W pana twórczości bardzo często słowo inspiruje muzykę a muzyka dopełnia słowo, i słowo i muzyka się przenikają. Proszę o tym szerzej opowiedzieć…
Wzorem w tej kwestii był Franciszek Liszt, który tak często ulegał literaturze, sztuce, przyrodzie, którego twórczość jest w większej części programowa. Przykładem może być poemat symfoniczny Ideały, gdzie w partyturze, w poszczególnych ustępach utworu, Liszt przytacza całe fragmenty dzieła Schillera. Takich przykładów można wymienić jeszcze kilka. Moja twórczość jest na wskroś programowa. Słowa i muzyka się przenikają, innym razem muzyka maluje to, czego słowa oddać nie mogą, nie potrafią, kiedy indziej słowa pomagają ukierunkować język dźwięków, symbole, muzyczne sfinksy.
Swoimi utworami odwołuje się pan do wieków poprzednich, np. „Suita” op. 37 jest stylizowana na barok. Która z epok najbardziej pana inspiruje?
Pisanie Suity było rodzajem eksperymentu, w zamierzeniu miała to być Suita na klawesyn. Niestety, a może „stety”, powstał cykl – o fakturze typowo fortepianowej – w który wkradło się Tango, Thriller. Suita odwołuje się do baroku,przez samo wprowadzenie części kojarzonych ze suitą, Preludium to Bach pomieszany z Glassem, Gigue, które jest częścią drugą a nie ostatnią jak powinno być. Trzecia część w swojej budowie odwołuje się do transkrypcji chóru z opery Glucka dokonanej przez Alkana. Thriller to obraz z filmu grozy… Epoka, która mnie inspiruje to późny romantyzm, neoromantyzm, ale również średniowiecze ze swoją surowością i ascezą.
W pana twórczości słyszymy fascynacje muzyką filmową. Z polskich twórców znakomicie się w niej czują Zbigniew Preisner i Wojciech Kilar. Na ile inspirują pana ci twórcy?
Obydwaj są dla mnie inspirujący, ich wielki wkład w muzykę filmową jest godny podziwu. Ta wielka umiejętność stworzenia klimatu, atmosfery, napięcia… Nie ukrywam, że moim marzeniem jest również tworzenie muzyki do obrazów filmowych. Przygodę taką już miałem, rezultatem było powstanie muzyki do trzech etiud filmowych.
Tytuły pana dzieł fortepianowych są niemieckie, czyżby nawiązanie do niemieckiej twórczości…
Tak, moją inspiracją jest postać Liszta (wszak Węgier, ale bardzo związany z Niemcami) i Wagnera. Język niemiecki jest dla mnie bardzo muzyczny, a przy tym jest językiem bardzo logicznym. Buch der Illusionen (Księga iluzji) powstał w Weimarze i tam też miał swoje pierwsze wykonanie razem z Buch der Geheimnisse (Księga tajemnic). Muszę również dodać, iż jestem bardzo związany z kulturą i językiem Niemiec i Szwajcarii. Stąd też moje poszukiwania, śladami Liszta, Wagnera. Bliscy mi ludzie mieszkają i pracują w niemieckojęzycznej części Europy.
Każdy utwór na płycie, to krótka forma. Czy komponuje pan dzieła bardziej złożone i rozbudowane?
Tak, z większych form mogę wymienić sonatę fortepianową, skrzypcową, wiolonczelową, kwartety smyczkowe czy msze, requiem. Głównie piszę na fortepian, ostatnio również na organy. Związane jest to z tym, że jestem osobą dość niecierpliwą, więc zawsze mogę sobie dany utwór wykonać sam, a na przykład utwory chóralne pozostają jeszcze niewykonane, do dzisiaj nie wiem jak brzmią.
Dużym pańskim sukcesem była prezentacja Kwartetu smyczkowego „Parsifal” op. 34 wykonanego na koncercie pod honorowym patronatem Henryka Mikołaja Góreckiego. To nie lada sukces, gdy dzieło jest prezentowane pod patronatem jednego z największych współczesnych kompozytorów. To już drugi pana kwartet…
Tak, to prawda. Było to dla mnie duże przeżycie. Obok I Kwartetu smyczkowego Henryka Mikołaja Góreckiego pojawił się mój II Kwartet. Koncert ten też miał znaczenie symboliczne. Było to z okazji 480 lat miasta Tarnowskie Góry, dzień oraz miesiąc również był nie przypadkowy, sam kwartet jest odzwierciedleniem tych cyfr, jest w nim też kilka motywów przewodnich oraz bezpośrednie nawiązanie do Parsifala Ryszarda Wagnera. Kwartet mój jest dość znacznych rozmiarów, bo trwa 50 minut. Później dopiero poznałem III Kwartet Góreckiego, który jest podobnych rozmiarów jak mój. Z tym, że mój jest siedmioczęściowy, a Góreckiego pięcioczęściowy.
Kim jest zatem dla pana Henryk Mikołaj Górecki i jego twórczość?
Henryk Mikołaj Górecki to osoba, którą bardzo podziwiam i szanuję. Jest dla mnie mistrzem. Pamiętam, jak wielkie na mnie zrobiło wrażenie wysłuchanie III Symfonii, to było jak porażenie. Nagle znalazłem się w świecie dźwięków, które do mnie przemawiają – muzyki dzisiaj pisanej, tak odmiennej od tej współczesnej, jaką wówczas znałem. Katowicki maraton z muzyką Góreckiego był dla mnie pięknym, niezapomnianym przeżyciem. Pamiętam, że bardzo ubolewałem, że nie mogłem uczestniczyć we wszystkich koncertach, było to fizycznie niemożliwe, gdyż koncerty odbywały się często równolegle w dwóch salach. Miałem również to szczęście poznać Mistrza osobiście, jak i jego rodzinę.
Ile opusów ma pan już w swoim dorobku?
Aktualnie 41. Są to przeważnie utwory fortepianowe jak również kameralne (trio na klarnet, fagot, fortepian, sonata skrzypcowa, wiolonczelowa, cztery poważne utwory na skrzypce, wiolonczele, fortepian), muzyka religijna, a więc utwory na chór a cappella, Msza na chór i organy, Credo w dwóch wersjach na tenor, bas, kwartet smyczkowy i fortepian lub na głosy żeńskie z organami, Requiem na głosy męskie, kwartet smyczkowy i fortepian. Poza opusami jest jeszcze muzyka filmowa skomponowana do etiud filmowych oraz szereg transkrypcji koncertowych na fortepian z muzyki filmowej (Glassa, Nymana, Kilara, Tiersena i innych).
Czy będą kolejne płyty z pana muzyką, choćby kameralną, czy może symfoniczną?
Myślę, że w kolejnym roku ukaże się następna płyta z utworami fortepianowymi z Księgą Tajemnic i Sonatą fortepianową. Czy będą następne, nie jestem w stanie na dzień dzisiejszy odpowiedzieć. Bardzo bym sobie tego życzył, właśnie chociażby z muzyką kameralną lub chóralną, ale to już nie jest zależne ode mnie.
Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

Muzyka przekracza bariery

wywiad z pianistą Paulem Lewisem


Jak zostać jednym z najlepszych pianistów na świecie, wyrastając w rodzinie bez tradycji muzycznych?

Bardzo się cieszę, że w mojej rodzinie nie było żadnego muzyka, ponieważ dzięki temu nikt nie wywierał na mnie żadnego wpływu, nie naciskał, żebym wybrał ten czy inny instrument. Moi rodzice zawsze bardzo mi pomagali… ale na szczęście muzykę odkryłem sam, nie została mi przez nich narzucona.
A jak pana rodzice zareagowali na to, że postanowił się pan poświęcić całkowicie muzyce?
Wsparli mnie i teraz cieszą się, przychodząc na koncerty. (...)
Rozmawiała: Dorota Staszkiewicz


Patrycja Petibon

Arkadiusz Jęrasik

powiększPatricia Petibon • fot. Felix Broede/DG

„Mój sposób przedstawienia tych emocji jest dramatyczny, to znaczy jednocześnie muzyczny, wokalny i teatralny”, wyjaśnia śpiewaczka.
Jej najnowszy album Amoureuses (Zakochane) przedstawia więc różne bohaterki, które są być może różnymi obliczami jednej kobiety. „Z jednej strony mamy Barberinę z Wesela Figara, która jest wręcz anielsko czysta, z drugiej strony mamy Królową Nocy z Czarodziejskiego fletu, kobietę dojrzałą, która zaznała miłości, ale pogubiła się i kocha tylko samą siebie i władzę… Tak kontrastowe emocje wymagają oczywiście podejścia wokalnego, które wykracza poza zwykły piękny śpiew”.

Alfreds Kalninš:
klasyk opery łotewskiej i jego imiennicy

Lesław Czapliński

Do połowy XIX w. życie muzyczne na Łotwie równoznaczne było z działalnością tego rodzaju w kręgu społeczności niemieckiej, naprzód w Mitawie, stolicy Księstwa Kurlandzkiego, a później i w hanzeatyckiej Rydze. Pierwszym przedstawieniem operowym we właściwym tego słowa znaczeniu była Piękna Arsena (La belle Arsene) Pierre’a Alexandre’a Monsigny’ego, wystawiona miejscowymi siłami w Rydze 19 września 1782 r. Na początku następnego stulecia kilkakrotnie bawiły w tym mieście wileńskie trupy teatralne, prezentując m.in. z dużym powodzeniem Cud mniemany, czyli Krakowiacy i górale Wojciecha Bogusławskiego z muzyką Jana Stefaniego. W połowie tego wieku dołączyły rosyjskie inicjatywy w tej dziedzinie (w maju 1888 r, zespół Łukowicza, a we wrześniu Aleksieja Kartawowa z Wilna przedstawiły Halkę Stanisława Moniuszki z S. Tamarową w tytułowej roli, za każdym razem spotykając się z gorącym przyjęciem). Dopiero pod wpływem ruchu młodołotewskiego, dążącego do odrodzenia, a właściwie określenia od podstaw narodowej tożsamości, powstawać zaczęły pierwsze łotewskie towarzystwa śpiewacze, zajmujące się zbieraniem i artystycznym opracowywaniem pieśni ludowych, a od 1873 r. organizujące doroczne, ogólnokrajowe festiwale chóralne, odbywające się w Rydze, w okresie letniego przesilenia. Zaczątkiem rodzimych widowisk muzycznych były wystawiane w łotewskim teatrze dramatycznym „sztuki ze śpiewami” Adolfsa Alunansa, który odegrał na Łotwie podobną rolę, co sto lat wcześniej w Polsce Bogusławski, i również nazywany był ojcem miejscowej sztuki scenicznej. Pierwszą operą zagraną po łotewsku był Wiejski cyrulik (Der Dorfbarbier) austriackiego kompozytora Johanna Schenka (13 II 1883), a 10 października 1890 r. odbyła się premiera jednoaktowej Godziny duchów (Spoku stunda) łotewskiego autora Jekabsa Ozolsa (1863-1902). Było to złożone z dialogów i dziesięciu numerów widowisko muzyczne o następującej treści.(...)


warto mieć
te płyty


 
   do góry