|
Listy do Redakcji
Szanowna Redakcjo!
Znane powiedzonko o Polakach, co to swego nie znają i sami nie wiedzą,
co posiadają, niestety, znowu znalazło swe potwierdzenie. Doprawdy
w głowie się nie mieści, żeby p. Kamiński, Polak, w ten arogancki
sposób obszedł się w swoim przewodniku 1001 Opera z dorobkiem swego
kraju w dziedzinie, w której, zapewne, uważa się za wybitnego znawcę.
W kompendium jego autorstwa uderza brak wyraźnego kryterium wyboru
dzieł. Jeżeli w XIX-wiecznej operze spotykamy u niego tytuły oper,
które żadnej kariery nie zrobiły to dlaczego brak tu np. Fausta
naszego ks. Radziwiłła? A gdzie podziały się grywane na największych
scenach Europy opery ks. Józefa Poniatowskiego, dalekiego kuzyna
naszego bohatera narodowego? A gdzie inni nasi, już XX-wieczni kompozytorzy,
jak choćby Szeligowski z jego Buntem żaków, W. Rudziński z Odprawą
posłów greckich, Aleksander Tansman czy Karol Rathaus i wreszcie
gdzie Twardowski z jego pięcioma operami grywanymi z powodzeniem
w naszych teatrach i prezentowanych wielokrotnie za granicą?
A co z krajami nadbałtyckimi, Ukrainą, Zakaukaziem? Absalom i Eteri
Paliaszwilego to dzieło wybitne, nb. wydane przez Deutsche Grammophon.
A gdzie kilkanaście oper Siegfrieda Wagnera? A co ze słynną Vanessą
Samuela Barbera?
Takie pytania można by mnożyć w nieskończoność, dziwi wszakże najbardziej
to, że PWM, będące przecież polskim wydawnictwem, tak bezkrytycznie
odniosło się do zawartości książki p. Kamińskiego.
Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle…
dr Jerzy Hoffman, Łódź
Witam,
Dziękuję za wiadomości o Annie Netrebko.Tę nową płytę już słuchałam
i widziałam. Szkoda, że na DVD nie ma duetu z Piotrem Beczałą.
Podzielam Wasze zdanie w sprawie obchodów rocznicy odzyskania niepodległości,
impreza w teatrze była tragiczna.
Język opery, czy operetki jest językiem międzynarodowym, można było
zrobić bardzo dobry koncert, ale organizatorzy zapomnieli o naszych
artystach i muzykach, którzy w świecie odnoszą sukcesy.
Pozdrawiam
JG/Łódź
Reflektorem po scenach
Tomasz Kamieniak • fot. Norbert Siwinski
Muzyka mową dźwięków, jak głosi tytuł książki Nikolausa Harnoncourta,
a idąc tym tropem w kierunku humanizmu – muzyka mową ludzkiego odczucia.
Różne są gusta, a stąd różne oczekiwania. Czasem ogarnia nieodparta
ochota, by zatonąć w muzyce wieków bardzo oddalonych od współczesnego
świata, czasem chce się podziwiać solistę w ferworze artystycznej
kreacji. Różne są gusta, różne potrzeby. Czasem tęskni się za głosem
ludzkiego odczucia. Co więcej, wyrażonego językiem i ekspresją najbliższymi
współczesnemu rozumieniu świata, wbrew obiegowym stwierdzeniom –
czasem również zamyślonego.
Dowodem na to był koncert odbywający się w ramach VII Festiwalu
Muzyki Nowej (www.fmn.art.pl) w dniu 27 listopada w Muzeum Górnośląskim
w Bytomiu. Recenzowanie tego wydarzenia jest dla mnie jednocześnie
pretekstem do snucia refleksji nad znaczeniem muzyki naszych czasów
dla nas – mieszkańców barwnego bazaru wymiany wszelakich kultur
i doświadczeń. Refleksji wszakże krótkiej, gdyż samo pojęcie „muzyki
współczesnej”, czyli dziejącej się tu i teraz wymagałoby wielostronicowego
definiowania. Jako, że recenzja stanowi dość subiektywą formę wypowiedzi,
oprę się o moje własne oczekiwania i potrzeby, którym recenzowany
koncert bez wątpienia wyszedł naprzeciw.
Po pierwsze ze względów repertuarowych. Na program koncertu składały
się następujące kompozycje:
- Tomasz Kamieniak Vier Ernste Werke (Cztery poważne utwory)
op. 26
- Henryk Mikołaj Górecki Koncert na fortepian op. 40
- Arvo Pärt Fratres na skrzypce, orkiestrę smyczkową i perkusję
- Philip Glass Tirol Concerto.
Tomasz Kamieniak to pianista i kompozytor, którego utwory wypełnia
symbolika znaczeń sięgających tego, co najbardziej osobiste – głębi
i intensywności ludzkiego odczucia. Z tego też powodu, słuchając
poszczególnych części cyklu napisanego na skrzypce, altówkę i fortepian
w 2002 r., a poprawionego w 2004, otwierały się przed oczami mojej
wyobraźni różne myśli i obrazy, czyli doświadczyć mogłam tego, co
w sztuce chyba najcenniejsze – głębokiego
poruszenia.Cztery poważne utwory zostały wykonane po raz pierwszy
w Weimarze w 2004 r., następnie w Katowicach i Rybnej, jednak bez
udziału altówki, którą zastępowała wiolonczela. Altówka pojawiła
się po raz pierwszy na omawianym koncercie – w Bytomiu, a grała
Marta Tużnik. Na czteroczęściową kompozycję składają się utwory
mówiące „o ludzkich emocjach, uczuciach jakie towarzyszą człowiekowi
przez jego całe życie – nadzieja, rozpacz, smutek, trwoga, oczekiwanie...”
(cyt. T. Kamieniak). I Prolog. II Elegia nadziei. III Elegia rozpaczy.
IV Epilog (Sphinx BAGDAD). Zawieszone w przestrzeni krople światła
i tajemnicy, melancholijnej nadziei na...
Partię skrzypiec realizowała Irena Kalinowska-Grohs, altówki – wspomniana
wcześniej Marta Tużnik, a fortepianu – sam kompozytor.
Wykonanie pełne ekspresji instrumentów smyczkowych, wyrażających
intensywność doświadczeń, nawet tych dziejących się pod pozornie
spokojną powłoką partii fortepianu, finezyjnie brzmiącego pod palcami
pianisty, pomimo niezbyt dobrej jakości instrumentu.
Pozostałe kompozycje wykonane na festiwalowym koncercie to utwory
z towarzyszeniem orkiestry – Orkiestry Smyczkowej NOMOS pod dyrekcją
Mieczysława Bartłomieja Ungera. Solistą dwóch koncertów fortepianowych:
H. M. Góreckiego napisanego w 1980 r. i Philipa Glassa z 2000 r.,
trzyczęściowego, był Tomasz Kamieniak. Wykonanie Tirol Concerto
to polska premiera tego utworu – fakt godny szczególnego podkreślenia!
Szkoda tylko, że jakość instrumentu nie pozwoliła pianiście na pełny
wyraz treści, jak sam przyznał po koncercie. Cóż, ciągle jeszcze
polska rzeczywistość... Przydałoby się cały koncert powtórzyć w
lepszych warunkach lokalowych...
Ale nastroju i emocji, nie tylko muzycznych, nie zabrakło. Również
w trzecim z kolei punkcie koncertu – Fratres Arvo Pärta na
skrzypce, orkietrę smyczkową i perkusję (1977/1992), gdzie partię
solową pięknie wykonała Irena Kalinowska-Grohs. Finał stanowił wspomniany
wyżej Tirol Concerto. I dobrze, że Philip Glass zakończył
go częścią trzecią – znacznie bardziej optymistyczną niż część środkowa,
przenosząca w rejony refleksji poruszających najbardziej czułe struny...
Te najbliższe sprawiające, że muzyka staje się mową ludzkiego odczucia,
staje się jego przedmiotem i treścią.
Dziękuję za ten koncert. Muzykom – solistom i orkiestrze na czele
z dyrygentem i kompozytorom i organizatorom VII Festiwalu Muzyki
Nowej. Dziękuję osobiście, jako że recenzja to forma subiektywnego
przekazu, a w tym wypadku i pretekst, by powiedzieć, że takich koncertów
potrzeba tym, którzy tęsknią za muzyką dotykającą najczulszych strun
odczuwania życia w świecie barwnego bazaru wymiany wszelakich kultur
i doświadczeń.
Irena Jakuboszczak
Z estrady Filharmonii Koszalińskiej. Filharmoniczny
wieczór 14 XI należał do najpiękniejszych, jakie ofiarowano koszalińskim
bywalcom koncertów. Od strony muzycznej gwarantowały to nazwiska
Brahmsa i Dworzaka, od strony wykonawczej zaś świetny dyrygent i
dwaj wybitnie utalentowani młodzi soliści. I oczywiście orkiestra,
która pod dobrym dyrygentem potrafi wspiąć się wysoko. A przy tym
dyrygujący tego wieczora Piotr Sułkowski doskonale znał tajniki
wykonywanych partytur i potrafił je wydobyć, zaś młodzi soliści,
jeszcze studenci: skrzypek Maciej Strzelecki (wychowanek koszalińskiej
Szkoły Muzycznej I st.) i wiolonczelista Adam Krzeszowiec grają
już na poziomie dojrzałych mistrzów.(...).
Kazimierz Rozbicki
Superwidowisko La Traviata w Lublinie. Wielu Czytelników
może od razu z niedowierzaniem pokręcić głową i stwierdzić, że wystawienie
opery w formie megawidowiska nie mogło się odbyć w mieście, gdzie
nie ma nawet sceny operowej. W tytuł tej recenzji nie wkradł się
jednak żaden chochlik dziennikarski. Otóż 29 i 30 listopada w Kozim
Grodzie, jak nazywany jest Lublin, miała miejsce premiera dzieła
Giuseppe Verdiego.
Zespół Teatru Muzycznego w Lublinie już wcześniej prezentował melomanom
spektakle operowe – Carmen, Straszny dwór oraz Cyrulika sewilskiego.
Dopiero przy realizacji Traviaty zdecydowano się jednak na megawidowisko,
które w ciągu dwóch dni mogło obejrzeć (i obejrzało!) blisko 8000
osób. Zgromadzenie tak dużej liczby widzów nie było oczywiście możliwe
w skromnej siedzibie Teatru, dlatego opera została wystawiona w
hali sportowej „Globus”. Miejsce nie sprzyjało niestety budowaniu
artystycznej atmosfery, zdecydowanie bliżej mu przecież do stadionowego
szaleństwa; w końcowym rozrachunku okazało się jednak dość przyjazne
dla sztuki.(...)
Anna Munia
Samuel Ramey
Samuel Ramey po raz pierwszy w Polsce! W Filharmonii Poznańskiej
jednym z bardziej spektakularnych działań jest cykl Gwiazdy światowych
scen operowych. Dzięki temu w stolicy Wielkopolski gościli już Aleksandra
Kurzak i Piotr Beczała. Na wieczór 5 grudnia 2008 r. przyjął zaproszenie
do złożenia pierwszej wizyty w Polsce bas-baryton Samuel Ramey.
Przyleciał do nas z Wiednia, gdzie na 3 dni przed poznańskim koncertem
z powodzeniem kreował partię Scarpia w operze Tosca. Krótko przedtem
w San Francisco Opera przez 7 wieczorów tryumfował jako tytułowy
bohater opery Boris Godunov. Bezpośrednio z Poznania leci do MET,
aby jeszcze w grudniu przedstawić się nowojorskiej publiczności
w roli Rambaldo z La Rondine Pucciniego.(...)
Wilffried Górny
Elektra Ryszarda Straussa. To jednoaktowe, około 110-minutowe
arcydzieło z 1908 r. z librettem Hugo von Hoffmannsthala jest jedną
z najtrudniejszych do wykonania oper. I nie chodzi tu tylko o prawdziwie
dobre wyważenie przez dyrygenta bogactwa elementów tej intensywnie
„gęstej” partytury, ale również o dobór śpiewaków, a szczególnie
o rolę tytułową – jedną z najtrudniejszych i wokalnie wymagających
partii dla dramatycznego sopranu, z którą zmagały się tak wielkie
głosy jak Birgitt Nilsson.
Po ekspresjonistycznych „eksperymentach” najpierw z Salome, a potem
z Elektrą, Ryszard Strauss dokonał „zwrotu” w swych kompozycjach
i następną operą był Der Rosenkavalier, który w języku muzycznym
odszedł od wypełnionej
dysonansami i radykalnej harmonicznie partytury Elektry w stronę
„łagodniejszej” tonalności.(...)
Basia Jakubowska

Metropolitan Opera uchem i okiem Basi Jakubowskiej
J. Adams - Dr Atomic • fot. MET/Ken Howard
Dr Atomic Johna Adamsa. Było lato roku 1945. Grupa naukowców
pod kierunkiem J. Roberta Oppenheimera zebrała się w specjalnie
wybudowanym na pustyni stanu Nowy Meksyk ośrodku Los Alamos. Test
Trinity, jak nazwał Oppenheimer próbę bomby atomowej w nawiązaniu
do wiersza Johna Donne’a, zmienił historię świata.
60 lat po owym wydarzeniu kompozytor John Adams zafascynowany osobowością
Oppenheimera skomponował operę, w której poezja, moralna odpowiedzialność
miesza się z naukami ścisłymi.(...)
La damnation de Faust Hectora Berlioza. Libretto do
„dramatycznej legendy w czterech aktach”, jak nazwał Potępienie
Fausta Berlioz, powstało w oparciu o tłumaczenie na francuski Fausta
Goethego. Twórcami jego byli Berlioz i Almire Gandonniere. Strukturalnie
nie jest to opera sensu stricte i bardziej formą kwalifikuje się
jako oratorium. Po obejrzeniu prapremiery w paryskiej Opéra Comique
w 1846 r., Berlioz przyznał, że technika, jaką dysponowały teatry
operowe jego czasów nie mogła sprostać zadaniu prawdziwie efektywnego
jej scenicznego wystawienia. Sławę swą więc Potępienie Fausta zawdzięcza
głównie wykonaniom koncertowym, które od zawsze zachwycały wielbicieli
Berlioza i prawdziwych „smakoszy” muzyki.(...)
Uwagi na marginesie. Widziane przeze mnie ostatnio w MET
spektakle Dr Atomic i Potępienia Fausta wzbudziły we mnie mieszane
reakcje i ogólnie zaniepokoiły. Były bowiem, nie pierwszym co prawda,
sygnałem uniformizacji różnych działów, czy gatunków sztuki. Wszechobecna
elektronika, rzutniki, projekcje video, specjalne efekty wizualno-dźwiękowe
odbierają poszczególnym sztukom ich specyficzny charakter wyrazu
i oddziaływania różnymi, niekiedy komplementarnymi, a niekiedy nie,
środkami. Wspomagać nie znaczy zastąpić, czy „zagłuszyć”, a jesteśmy
obecnie na dobrej drodze do stopienia w jedno owych indywidualnych
form. Kreowanie wirtualnej iluzji multimedialnej nie zawsze bywa
mile widziane. Nowa produkcja w MET Potępienia Fausta jest rokokowo
przepełniona owymi specjalnymi efektami. Dwa pierwsze spektakle
obejrzałam, ale trzeciego już tylko słuchałam siedząc z zamkniętymi
oczami. (...)
|