Muzyka21 nr 7/192 - lipiec 2016 r. - rok XVII

Z wielkim żalem żegnamy zmarłego 1 czerwca Janusza Ekierta (ur. 8 stycznia 1931 r. w Przemyślu), wybitnego muzykologa, krytyka muzycznego, popularyzatora muzyki, autora wielu książek o tematyce muzycznej, audycji radiowych i telewizyjnych. Przez lata był ekspertem w legendarnym programie Wielka gra. W swojej karierze Janusz Ekiert był wieloletnim korespondentem czołowych dzienników w Warszawie, Amsterdamie, Helsinkach, Wiedniu, Zagrzebiu, był również gościem wielu słynnych festiwali i centrów muzycznych Europy i Ameryki, a także jurorem międzynarodowych konkursów muzycznych, radiowych, telewizyjnych (Prix Italia) oraz stałym recenzentem muzycznym Ekspresu Wieczornego. W 2008 r. został odznaczony srebrnym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Wśród jego najpopularniejszych publikacji znajdują się m.in. Wirtuozi, Pejzaże z fetyszem, Lustro epoki, Zwiedzajcie Europę, póki jeszcze istnieje.
Część swojej twórczości poświęcił Fryderykowi Chopinowi, pisząc m.in. takie książki, jak Fryderyk Chopin. Biografia ilustrowana oraz Chopin wiecznie poszukiwany. Na swoim koncie ma także wiele artykułów poświęconych Międzynarodowemu Konkursowi Pianistycznemu im. Fryderyka Chopina.

Wielcy ludzie, znakomici popularyzatorzy muzyki odchodzą, a nasi obecni decydenci jak zawsze odporni są na wszelkie nowe idee. Nowa władza już ponad 6 miesięcy udaje, że robi „dobrą zmianę”, walczy o polskość, patriotyzm polski, chce opierać się wpływom zagranicznym. A jakie są realia? Nowy minister kultury Piotr Gliński im więcej mówi, tym mniej czyni. Miało być patriotycznie narodowo, a jest jak zawsze. Oto dwa przykłady z naszego, warszawskiego podwórka.

24 czerwca zaplanowana w Filharmonii Warszawskiej, zwanej także Narodową, koncert dyplomantów Akademii Muzycznej w Warszawie, od pewnego czasu zwanej Uniwersytetem, aby było jeszcze podnioślej. I cóż te dwie szacowne instytucje mające za cel kształtowanie i promocję kultury polskiej wymyśliły? Koncert muzyki rosyjskiej! Pogratulować inwencji! Aż trudno wyobrazić sobie, jakiego wyjątkowego geniuszu potrzeba było, by wykoncypować coś tak niezwykłego! Aleksander Głazunow, Sergiusz Rachmaninow, Piotr Czajkowski – Nobel się kłania, aż żal, że go w muzyce nie przyznają.
Warszawska uczelnia założona ponad sto lat temu miała wśród swoich pedagogów i uczniów wiele wybitnych postaci. Wystarczy rzucić okiem na portrety rektorów w sali senatu, można również przejrzeć różne leksykony, encyklopedie, słowniki, a nawet prace naukowe realizowane w tej uczelni. Ale cóż, pewnie decydenci czasu nie mieli. Zamiast uczyć studentów muzyki polskiej (do tego potrzebne są kompetencje), zamiast tę muzykę promować (trzeba jednak rodzimą kulturę cenić), przekonuje się kolejne pokolenia muzyków, że wszystko co nie polskie w tej dziedzinie jest lepsze. Jakie znaczenie dla świata ma to, że młody absolwent Akademii umie zadyrygować rosyjską muzyką, albo ją zagrać na fortepianie? Kady zakłda, że tak musi być. Ale mieć w repertuarze coś, czego inni nie znają – bezcenne.
Filharmonia Warszawska otworzyła swoje podwoje absolwentom Akademii. A czy nie mogła wymusić na nich repertuaru bardziej odkrywczego i swojskiego? Mogła, ale trzeba najpierw wiedzieć, że w polskiej muzyce jest co grać. A wciąż pokutuje przekonanie, że nie ma czego. Co ciekawe, inaczej myślą Brytyjczycy – niedawno wydany przez nich album płytowy z III Symfonią i Koncertem fortepianowym Witolda Maliszewskiego tego dowodzi. Jak mówi szef wydawnictwa Mike Dutton, repertuar ten został wybrany po konsultacjach ze znawcami muzyki poważnej w Wielkiej Brytanii. Musimy wspomnieć przy okazji, że składane od lat do polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego wnioski o wsparcie nagrań utworów symfonicznych Maliszewskiego permanentnie są odrzucane przez polskich specjalistów. Każdy kraj ma takich specjalistów, na jakich sobie zasłużył i na miarę swoich możliwości i potrzeb. Skoro młodzi absolwenci: dyrygent, pianista i saksofonista za młodu są przekonywani o wyższości rosyjskiego (i innego zagranicznego) repertuaru, to co się dziwić, że jak staną się kiedyś, na nasze nieszczęście, ekspertami, to będą utrącali polskie projekty. Czy tak trudno było zaproponować absolwentom wykonanie jakiegoś polskiego koncertu saksofonowego, Koncertu fortepianowego i którejś z czterech symfonii wyżej wymienionego Maliszewskiego? Repertuar ambitny, odkrywczy, na pewno koncert zapisałby się w annałach Filharmonii i Akademii. Niezorientowanym rusofilom chcielibyśmy przypomnieć, że Maliszewski uczył się u Rimskiego-Korsakowa tak, jak Głazunow, żył, tworzył i uczył w Imperium Rosyjskim i jego wszystkie tam napisane utwory zostały przez rosyjskie wydawnictwa wydane, łącznie z symfoniami! Gdy po rewolucji powrócił do Polski, już takiego szczęścia do polskich wydawców nie miał!
Jednym z solistów tego koncertu jest hiszpański saksofonista. To miło, że w polskiej uczelni uczymy cudzoziemca. Ale czy musimy uczyć go grania obcej muzyki? Na dodatek w narodowej instytucji? Czy naprawdę Polacy nie napisali nic na saksofon i orkiestrę? Pogratulować promotorowi i władzom uczelni. Po co warszawska uczelnia kształci armię kompozytorów, wielu zatrudnia, skoro żaden nie jest w stanie napisać dzieła, którym ta uczelnia chciałaby się pochwalić, które Hiszpan poniósłby w świat? Nie trzeba być muzykiem, by znaleźć w państwowym wydawnictwie PWM co najmniej osiem polskich utworów na saksofon i orkiestrę, jeden z nich autorstwa pracownika warszawskiej uczelni! Szok! Gdzie jest patriota minister kultury i jego współpracownicy?
W poprzednim przykładzie Filharmonia była, chyba, tylko organizatorem przedsięwzięcia, choć trudno uwierzyć, że nie miała wpływu na repertuar. To co teraz opiszemy, jest już inicjatywą samej Filharmonii. Otóż na 5 listopada zapowiedziano koncert symfoniczno-oratoryjny z okazji 156. rocznicy urodzin Ignacego Jana Paderewskiego. Świetny pomysł, wykonanie jak zawsze bylejakie. W repertuarze Koncert fortepianowy Leszetyckiego i Fantazja polska Paderewskiego, a po przerwie Mozarta Ave verum corpus i Msza koronacyjna. O ile jeszcze można zrozumieć obecność Leszetyckiego, nauczyciela Paderewskiego, to cała reszta – Mozart – ma się „jak pięść do nosa”. Gdzie Rzym, gdzie Krym. Gdyby jeszcze Paderewski nie napisał niczego godnego sali filharmonicznej. Ale nie, ma przecież w dorobku znakomitą Symfonię „Polonia”, z organami, a więc Filharmonia Warszawska świetnie nadaje się do jej wykonania.
Trzeba dodać, że symfonię tę genialnie nagrał co najmniej dwa razy Jerzy Maksymiuk, po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii – jak widać tamtejsi eksperci również w przypadku tego dzieła nie mieli zastrzeżeń – po raz drugi w Polsce. Dobrze, że choć ten dyrygent polskim repertuarem nie gardzi. Dużo wcześniej, w czasach PRL-u, jeszcze na płytach długogrających, ukazała się okrojona wersja symfonii w wykonaniu niezapomnianego Bohdana Wodiczki. Ale cóż, nie każdy Polak jest polonofilem. A Filharmonia woli nagrywać po raz niewiadomo już który, dzieła Krzysztofa Pendereckiego, mistrza świata w kategorii dofinansowywaniania swojej działalności pieniędzmi podatnika.

Dwadzieścia lat temu powstało wydawnictwo Acte Préalable, które postawiło sobie za cel przywracanie do życia zapomnianej muzyki polskiej. Od 17 lat wspomagane jest w tym przez Muzyka21, pismo, które niestrudzenie, bezkompromisowo nawołuje, by dbano o nasze dziedzictwo, o przywrócenie mu właściwej pozycji. Wydawało się nam, przez lata, że jesteśmy osamotnieni w tej walce. Przetrwaliśmy już tylu ministrów kultury, z każdej opcji, którzy usta mieli i mają pełne frazesów, ale żaden nie zainteresował się naszą walką o właściwe miejsce dla muzyki polskiej. Również środowisko pozostaje w większości całkowicie obojętne na nasze wysiłki.
Z tym większą więc satysfakcją przeczytaliśmy na łamach tygodnika Angora z 19 VI br. tekst Co z tym dziedzictwem? autorstwa pana Sławomira Pietrasa. Okazuje się, że nie jesteśmy sami. Są jeszcze wśród nas ludzie, którzy znają nazwiska takich kompozytorów, jak Żeleński, Statkowski, Różycki, Joteyko, Gablenz, Rytel, Szeligowski i chcieliby usłyszeć i zobaczyć ich dzieła. Dziękujemy panu Pietrasowi, że zechciał zabrać głos w tej tak ważnej sprawie. Gdyby tak jeszcze przyłączyli się do nas inni ważni ludzie ze środowiska muzycznego, być może decydenci wreszcie zauważyliby ten problem i podjęliby odpowiednie działania.