Miasto Wrocław przeznaczyło ogromne fundusze na dotowanie przemijającej gwiazdy muzyki dawnej – Paula McCreesha. Robi to, by promować kulturę polską w świecie (sic!). Promocja ta polega na wsparciu firmy Paula McCreesha, a przy okazji wydawaniu skarbów nie naszej kultury. Na pierwszy ogień poszedł Francuz – Hector Berlioz i jego Requiem. Kolejnym epokowym przedsięwzięciem, które przybliży światu obcą kulturę, Miastu Wrocław pozwoli rozdysponować środki publiczne, a Paulowi McCreeshowi patrzeć z optymizmem w przyszłość swoją i swojej firmy będzie promocja kolejnego mistrza, tym razem Niemca, Feliksa Mendelssohna-Bartholdiego i jego oratorium Eliasz. Ostatnia przygoda w PZPN udowodniła, że działaczom tej instytucji zależy nie na tym, by polski futbol był na wysokim poziomie, ale na tym, by ich własne konta ten wysoki poziom prezentowały. W kulturze jest podobnie. Niebotyczne honoraria niektórych, którym udaje się żyć w symbiozie z władzą, horrendalne koszty realizacji przedsięwzięć sponsorowanych przez władzę, a jednocześnie całkowite pozostawienie samym sobie inicjatyw lokalnych.
Na zakończenie cytat z notatki rozsyłanej przez Biuro Festiwalu Wratislavia Cantans informujące o wydaniu muzyki Berlioza: „… ze względu na promocję polskiej kultury na świecie jest to niezwykle ważne wydarzenie…”. Ale czy sposób, w jaki władze Wrocławia postrzegają swoją promocję może dziwić? Na początku lat 90. pojawiły się w Niemczech nagrania zrealizowane w tamtym czasie i sygnowane „Staatliche Philharmonie Breslau”, choć oficjalną nazwą tego miasta jest Wrocław od ponad 60 lat…
Gdy polskie podmioty gospodarcze ubiegają się o subwencję MKiDN, muszą zapewnić ich realizację w Polsce. Jednocześnie podległy temu ministerstwu Instytut Adama Mickiewicza (IAM) realizuje całkowicie za granicą swoje projekty, często bezsensowne. Wspominaliśmy w grudniowej Muzyka21 o tym, jak Instytut Adama Mickiewicza wspierał austriackie wydawnictwo Neos. Ten sam Instytut Adama Mickiewicza wyasygnował półtora miliona zł na sprowadzenie do TW-ON spektaklu Króla Rogera z Festiwalu w Bregenz. Przy takiej wspaniałej promocji realizacji z tego festiwalu można zadać pytanie, czy realizacja pana Mariusz Treliński jest niezbyt światową i trzeba wołać na pomoc austriackie „cudo”? Trzy przedstawienia kosztowały tyle, co półroczny budżet niejednej filharmonii w naszym kraju. Na dodatek w Polsce są co najmniej dwie inscenizacje tej opery, warszawska i wrocławska, obie uznane za bardzo udane (zrealizowane właśnie przez dyrektora TW-ON Mariusza Trelińskiego). Chyba taniej byłoby kupić tę realizację Króla Rogera z Bregenz, która jest od kilku lat na DVD i rozdać gościom; mniejsze koszty i trwalszy efekt promocyjny dla Festiwalu w Bregenz!
Takie działania są niezwykle kontrowersyjne. Filharmonia Warszawska odbywa tournée po Wielkiej Brytania dzięki wsparciu polskiego ministerstwa kultury, a austriacki spektakl przyjeżdża do nas wspierany przez tę samą instytucję. Czy naprawdę jesteśmy tak bogaci, że musimy dotować naszych artystów w podróżach zagranicznych i zagranicznych artystów w podróżach po Polsce? Dlaczego to austriacki podatnik nie sfinansował tych przedstawień Króla Rogera?
Uniwersytet Warszawski będzie obchodził 200-lecie swego istnienia w roku 2016. W związku z tym podjął się zadania wykonania 200 kantat Jana Sebastiana Bacha na 200-lecie. Czy naprawdę uczelnia ta, mająca swój wydział muzykologii, nie była w stanie wymyśleć czegoś oryginalniejszego i ambitniejszego? Czy jej pracownicy potrafią tylko nieudolnie naśladować, np. Johna Eliota Gardinera, który wymyślił 200 kantat na 250 rocznicę śmierci Bacha, tyle tylko, że on to zrealizował w przeciągu roku 2000, nagrał, a następnie wydał na płytach. Sądząc po zapowiadanym tempie UW: pierwszy koncert w grudniu 2011 r. z dwiema kantatami, drugi koncert znów z 2 kantatami w lutym, nie ma szans, by to przedsięwzięcie udało się zrealizować. Zaczynając od dzisiaj trzeba by wykonywać co tydzień jedną kantatę!
Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego zawiera ogromne zbiory partytur, w tym niezwykle cenną, unikatową kolekcję „Archiwum Kompozytorów Polskich”. Tak ważna rocznica powinna przecież skłonić władze uczelni, w szczególności wydziału muzykologii, do zaprezentowania swych zbiorów! Czy po to finansujemy uczelnię, by zajmowała się nieudolnym naśladownictwem wybitnych artystów zagranicznych? Czy nie stać jej na wypracowanie własnego sposobu na promocję, która jednocześnie będzie czymś unikatowym, co nie tylko pozwoli na popularyzację naszych dokonań, ale i pozostawi trwały ślad w kulturze polskiej i światowej?
Przy okazji ostatnich wyborów pojawiła się w mediach informacja o budżecie ministerstw oraz o ilości stanowisk (poza ministerstwem), na które mianuje minister. Prawdziwym rekordzistą jest MKiDN. W jego gestii jest ponad 250 stanowisk w różnych placówkach (pozostali ministrowie decydują o kilkunastu, kilkudziesięciu stanowiskach; wyjątkiem jest Minister Skarbu, ale jemu podlega bardzo wiele spółek skarbu państwa). Może to tłumaczy, dlaczego środowisko związane z kulturą jest tak bardzo spolegliwe. Każdy ma nadzieję, że kiedyś i jemu trafi się jakaś synekura.
Film Mania, o którym już wielokrotnie pisaliśmy, odniósł ogromy sukces! Jak donoszą organizatorzy jego prezentacji w wielu stolicach świata, w sumie obejrzało go ponad 2 tys. osób. Czyż można było lepiej wydać półtora miliona złotych?
Narodowy Instytut Audiowizualny (NInA), istniejący w bezruchu od chwili założenia i działający zupełnie inaczej, niż to było zapowiadane przy jego tworzeniu (wydał dotychczas tylko kilka albumów płytowych), pod koniec ubiegłego roku pochwalił się swoim kolejnym „dokonaniem” – Muzykoteką szkolną. Na stronie internetowej Instytutu Adama Mickiewicza można na ten temat przeczytać: „Muzykotekaszkolna.pl to innowacyjna platforma edukacyjna do nauki muzyki, opracowana przez zespół ekspertów, pedagogów i muzykologów. To jednocześnie pierwsze w Europie tak wszechstronne narzędzie, które pomoże odkryć świat dźwięków w niebanalny sposób – poprzez zabawę i samodzielne eksperymenty. Projekt przygotował NInA we współpracy z MKiDN”.
Nas zainteresowała w pierwszym rzędzie lista kompozytorów, których twórcy strony uznali za ważnych. Jest ich aż… 44. Cóż za wszechstronność, jakież to szerokie horyzonty reprezentuje ten zespół ekspercki, cóż za niebanalne podejście do historii muzyki! No cóż, jaki kraj, tacy eksperci. Ponieważ jesteśmy w Polsce, można by przypuszczać, że edukację zaczniemy od krajowych twórców. Nieprawda! Ponieważ wciąż pokutuje w nas mentalność niewolnika, kilka setek polskich kompozytorów reprezentowanych jest przez następujące postacie: F. Chopin, H. M. Górecki, H. Wieniawski, K. Penderecki, K. Szymanowski, M. Karłowicz, M. Mielczewski, M. Gomółka, Mikołaj z Radomia i W. Lutosławski, a cała reszta (36!) to cudzoziemcy. O dostępnych na stronie przykładach muzycznych w ogóle nie warto wspominać. Góra urodziła mysz. Dlaczego zastępy polskich muzykologów, kształcone na potęgę w wielu ośrodkach uniwersyteckich, nie protestują? Dlaczego milczą kompozytorzy i ich instytucja, ZKP? Gdzie są protesty wykonawców i ich związków? Przecież ten zespół ekspertów właśnie z tych środowisk został wybrany! Każdy dba tylko o swój własny interes i liczy na to, że kiedyś trafi mu się kilka srebrników w zamian za firmowanie tandety takiej, jak Muzykoteka. Jak zwykle, nikt nie odważa się wychynąć ze swojej skorupy, by raz a dobrze uderzyć pięścią w stół i krzyknąć: „dosyć już tego tłamszenia naszej kultury!”. Członków ZKP jest bez liku, a jedynym żyjącym polskim kompozytorem zauważonym przez Muzykotekę jest Krzysztof Penderecki. Gdy chciano zamykać Orkiestrę Radiową, nie brakło kompozytorów chętnych do podpisywania listu protestacyjnego, gdy Stanisław Leszczyński podał się do dymisji, też mógł liczyć na głosy poparcia. Tym razem brak jakiejkolwiek inicjatywy oddolnej!
Władze drwią sobie z nas, podatników, podpisując się pod tak fatalnym produktem, zarówno od strony merytorycznej, jak i plastycznej. Takie strony internetowe robiono 10 lat temu, gdy Internet dopiero nabierał rumieńców. W dzisiejszych czasach pod taką stroną mogłaby się podpisać co najwyżej jakaś emerytowana krawcowa, która w Uniwersytecie Trzeciego Wieku zdobyła swojepierwsze szlify po trzydniowej nauce języka HTML, a nie żyjąca z naszych podatków placówka kreowana na renomowaną!
Zespół ekspertów opisanej przez nas w ubiegłym miesiącu „IAM-y na dotacje” przeznaczył ogromne sumy na wspierania Mieczysława Weinberga poza Polską, ale nie zrobił nic, by ten kompozytor, tak przez nich ceniony, znalazł się na liście ważnych kompozytorów w Muzykotece. Koszt zamieszczenia go tam jest żaden. Choć może właśnie to stanowi problem…
Jak dzieci i rodzice mają się dowiedzieć o portalu Muzykoteka? Narodowy Instytut Audiowizualny zapowiada m.in. kampanię społeczną w PRiTV. Widać za mało zmarnowano środków na ten kiczowaty produkt, teraz pora, by wesprzeć publicznymi pieniędzmi PRiTV skoro obywatele mają dość płacenia abonamentu na te skostniałe instytucje. Czy naprawdę przekracza możliwości intelektualne wszystkich tych „ekspertów” razem wziętych wymyślenie najprostszego środka promocji – poprzez szkoły?
Wspomniany wcześniej Stanisław Leszczyński podał się do dymisji, gdyż nie mógł znaleźć wspólnego języka z szefem NIFC-u. Sprawa, wydawać by się mogło, banalna. Nie pierwszy to raz, nie ostatni, ktoś rezygnuje z pracy. Szum się jednak podniósł w środowisku, podpisano petycję domagającą się przywrócenia pana Leszczyńskiego na stanowisko, odsądzono od czci i wiary dyrektora NIFC-u, pana Kazimierza Monkiewicza, a głównym argumentem przeciwko niemu było to, że jest biznesmenem, a nie człowiekiem ze środowiska (wszystkim pogrobowcom PRL-u, dla których liczy się dyplom, a nie kompetencje, dla których dyplom jest blokadą dla zdolnych ludzi nie należących do środowiska, należy przypomnieć, że Joseph Volpe, wieloletni manager MET był mechanikiem samochodowym i stolarzem, i nie przeszkodziło mu to w zarządzaniu MET w sposób, o jakim nasi „decydenci” mogą tylko pomarzyć. Ale dlaczego nie poszukać przykładów na własnym podwórku: czy już nie pamiętamy o dokonaniach prawnika, Andrzeja Szwalbego, przez 40 lat dyrektora Filharmonii w Bydgoszczy?). Dlaczego środowisko domaga się przyjęcia do pracy kogoś, kto sam z niej zrezygnował? Skoro zrezygnował, bo nie mógł się porozumieć z dyrektorem, to czy po tej petycji jest już gotów do tego porozumienia?
Nie nam wnikać w to, kto ma rację. Wielokrotnie pisaliśmy o anomaliach panujących w NIFC-u w czasach, gdy zarządzali nim „kompetentni” przedstawiciele środowisk twórczych. Tak świetnie zarządzali, że Minister Kultury ich odwołał, m.in. z powodu niegospodarności.
Środowiska twórcze chwalą Stanisława Leszczyńskiego za świetne albumy płytowe, które podobno zdobyły wiele nagród zapominając, że płyty robi się nie po to, by zdobywały nagrody, ale by docierały do melomanów. A z tym jest raczej źle. W magazynach NIFC znajduje się ok. 60 tys. płyt. To znaczy, że średnio, każdego tytułu jest tam ponad 1000 sztuk choć minimalny nakład to 500. Dlaczego zrobiono ogromne nakłady tych płyt, co najmniej dwa razy za duże, a jednocześnie nie można ich prawie nigdzie kupić, w tym w największych polskich, i nie tylko, sklepach internetowych? Ten skład płyt jest wart, według kosztów produkcji, około pół miliona złotych. Czy naprawdę po to dotują podatnicy NIFC, by miał w magazynie niesprzedawalne produkty? Może jednak lepiej, by kulturą zarządzali biznesmeni, a nie „specjaliści”? Skoro z naszych podatków zostały te płyty zrobione, dlaczego zamiast trzymać je w magazynach nie rozdano ich wszystkim szkołom muzycznym w Polsce? To dopiero byłaby promocja!
Dlaczego komplet dzieł Chopina granych na instrumentach z epoki kosztuje w NIFC-u 400 zł, a ten sam komplet kupowany w USA wraz z kosztami wysyłki do Polski tylko 80 $?
Na zakończenie przypominamy, że nigdy nie słyszeliśmy by prywatne podmioty należące do pana Leszczyńskiego, lub przez niego zarządzane, miały problemy finansowe.
Wiadomość z ostatniej chwili, niezwykle bulwersująca, znakomicie obrazująca sposób zarządzania kulturą w Polsce. W pięknym, zabytkowym Teatrze Stanisławowskim w warszawskich Łazienkach nie mogą się odbywać przedstawienia, gdyż brak funduszy na system przeciwpożarowy. Dlaczego są fundusze na wcześniej cytowane przedsięwzięcia, a nie ma ich na ochronę zabytkowego teatru? Przecież podstawowym obowiązkiem władzy jest dbanie o to, by spuścizna po naszych przodkach przetrwała nietknięta dla następnych pokoleń. Przy okazji każdego kataklizmu wspomina się o nieodpowiedzialnych ludziach, którzy nie ubezpieczają swego majątku tłumacząc się brakiem pieniędzy. A co robi władza! Jeśli wydarzy się nieszczęście i wspomniany teatr ulegnie zniszczeniu w pożarze, jak ta władza będzie się tłumaczyła? Jaka to niemoc panuje wśród rządzących, że sprawy najistotniejsze dla obecnych i przyszłych pokoleń są odkładane na później?