Muzyka21 nr 5/190 - maj 2016 r. - rok XVII

Niedawna decyzja Ministra Kultury o odwołaniu pana Grzegorza Gaudena ze stanowiska dyrektora (zajmowanego od 2008 r.) Instytutu Książki (założonego w 2004 r.
przez MKiDN) wywoła sporo kontrowersji w środowisku pisarzy, znajomych i współpracowników dyrektora i zaowocowała listem otwartym. Nie ma się co temu dziwić – każda próba ingerencji państwa w struktury skostniałych, kosztownych, ale zapewniających niezłe utrzymanie wielu osobom, państwowych instytucji spotyka się ze sprzeciwem. Protestujący nie interesują się, jaka jest kondycja finansowa firmy, czy odwoływane osoby doprowadziły ją do rozkwitu, czy też upadku. Ich interesuje tylko interes własny, na który, według nich, mają się zrzucać wszyscy podatnicy.

Ministerstwo, które odpowiedziało na wspomniany list otwarty, a treść zamieściło na swojej stronie internetowej, przypomina, że jednym z celów statutowych Instytutu Książki jest popularyzacja czytelnictwa. Jednocześnie podaje, że w roku 2015 tylko 37% Polaków przeczytało co najmniej jedną książkę, choć rok wcześniej ten wskaźnik wynosił 43%. Ilość osób korzystających z bibliotek zmalała o 8% w tym samym okresie. Jednocześnie w wyniku kontroli przeprowadzonej w Instytucie okazało się, że budżet został przekroczony o 600 000 zł.

Jak nie zgodzić się więc z Ministerstwem, które broni przecież naszych pieniędzy? Jednakże tylko naiwny uwierzyłby w dobre intencje obecnej władzy. Pan Gauden jest tylko pretekstem. Chodzi przecież nie o to, by Polacy więcej książek czytali, bo tego żadna władza nie zmieni, ale o to, by zrobić miejsce dla swoich. Instytucje w rodzaju Instytutu Książki nie służą przecież celom statutowym, ale zatrudnianiu swoich. Polacy rzeczywiście czytają niewiele. Ale wystarczy przyjrzeć się pozycjom wydawanym przez Instytut, by zorientować się, że nie one podniosą poziom czytelnictwa.

To nie państwo powinno się zajmować wydawaniem książek, tak jak nie zajmuje się robieniem butów, dojeniem krów, czy też ubojem trzody chlewnej. Państwo powinno tworzyć warunki dogodne do tworzenia wszelkiego rodzaju organizacji, instytutów, związków twórczych, ale nie powinno tego finansować. Co najwyżej wspierać konkretne wydarzenia, i to po bardzo dokładnym rozważeniu, nie tak jak obecnie, kiedy to wsparcie dostaje ten kto najgłośniej krzyczy i ma kontakty w kręgach rządowych, a nie ten, który naprawdę ma coś ważnego do zrealizowania.

Jeśli literaci uważają, że Instytut Książki jest potrzebny, a pan Gauden jest znakomitym jego dyrektorem, mogą bez żadnych kłopotów stworzyć taką instytucję, ale za własne. Niech to do nich idą zyski z działalności, ale niech również oni pokrywają deficyt. Gdyby każdy z literatów i sympatyków Instytutu dał 1000 zł na jego utrzymanie, zebrało by się wiele milionów. A dzięki dobremu zarządzaniu niewątpliwie stałby się on dochodowym przedsięwzięciem. Ale to tylko utopia – nikt trzeźwo myślący nie zainwestuje własnej złotówki w coś takiego, bo wie, że naszym kraju takie organizacje służą tylko i wyłącznie marnowaniu publicznych pieniędzy!

Całkiem niedawno miała miejsce podobna awantura związana z prywatyzacją Polskich Nagrań. Firma będąca w upadku przez ponad 20 lat przez cały ten okres żywiła setki pracowników i dostawców nie wyprodukowawszy w tym czasie niczego znaczącego. Jednocześnie właściciel – państwo – lekką ręką rozdawało dotacje podmiotom prywatnym, które były konkurencją dla Polskich Nagrań. Sami, to znaczy rządzący, zarżnęliśmy kurę, która mogła znosić złote jaja! I oto, ledwo firma została sprywatyzowana, okazało się, że może jednak funkcjonować.

Nie od dziś wiadomo, że najgorszym właścicielem jest państwo – widać to na przykładzie majątków zagrabionym po II wojnie światowej: czego nie zniszczyli hitlerowcy, do ruiny doprowadzała PRL, a to co mroczne czasy komunizmu przetrwało, znakomicie likwiduje III RP, bez względu na to, kto nią rządzi, kto jest ministrem kultury. Obecny rząd opowiada o patriotyzmie, a można się zapytać: dlaczego nie ma pomysłu na przywrócenie do życia setek, a może i tysięcy, zabytków wciąż niszczejących, z których bardzo wiele otrzymaliśmy jako rekompensatę (wraz z Ziemiami Odzyskanymi) za straty wojenne. To czego Niemcy i Rosjanie nie potrafili zniszczyć w czasie wojny tysiącami ton bomb i pocisków, my załatwiliśmy bez jednego wystrzału! Oczywiście to kosztuje. Ale wiele z tych zabytków można w bardzo prosty sposób przywrócić do życia – zamiast budować od podstaw, brzydkie jak noc gmachy państwowych instytucji, można by przenosić je do odrestaurowanych pałaców czy zamków. Czy naprawdę wszystkie instytucje państwowe muszą być w Stolicy?