www.leylagencer.org

Muzyka21 nr 6/179 - czerwiec 2015 r. - rok XVI

Kto jest największym wrogiem Polski? Niewątpliwie jest ich wielu, nawet niedaleko. Ale czy trzeba szukać ich poza naszymi granicami? Niedawno ogłoszono, że miliardy złotych pochodzące z naszych podatków pójdą na dofinansowanie Francji czy też USA poprzez zakup od nich sprzętu wojskowego, choć przecież mamy własny przemysł zbrojeniowy. Tak małe kraje, jak Izrael czy Singapur, w krótkim okresie czasu stały się prawdziwymi potęgami w branży zbrojeniowej. A Polska, od 26 lat utrzymuje własny przemysł zbrojeniowy ze strachu, że robotnicy wyjdą na ulicę, a nie dlatego, by jakoś ten przemysł racjonalnie wykorzystać. W tej chwili zbroimy się na potęgę i robimy wszystko, by te setki miliardów wydać w zagranicznych, często państwowych, koncernach. Jaka w tym logika? Oczywiście najlepiej byłoby nie mieć żadnego przemysłu zbrojeniowego, a cały świat zamieszkiwali tylko pacyfiści, ale skoro już musimy się zbroić, to dlaczego nie dbamy o własne korzyści? Albo zlikwidujmy nasz przemysł zbrojeniowy, albo postawmy go na poziomie takim, że inni nam będą zazdrościć, a podatnik nie będzie musiał go dofinansowywać.

Tak samo jest w kulturze. Niedawno odwiedziła nas orkiestra z Czech, która i w Warszawie, i w Krakowie, nie zagrała ani jednej nie czeskiej nuty. A nasza Narodowa, tylko z nazwy, Filharmonia, fetuje 150. urodziny Carla Nielsena zapraszając do siebie na koncerty Orkiestrę Filharmonii Krakowskiej. Kim był dla nas Nielsen, że musimy go fetować? Najśmieszniejszym jest to, że te urodziny fetowano z pomocą francuskiego dyrygenta i kanadyjskiego pianisty, a w programie część poświęcona jubilatowi – suita Alladyn – trwała raptem kwadrans. Reszta to jak zawsze „oryginalny” i „odkrywczy” repertuar: V Koncert fortepianowy Saint-Saënsa i Szeherezada Rimskiego-Korsakowa. Rzeczywiście, iście po królewsku potraktowano jubilata w Narodowym przybytku muzyki w Warszawie! Skoro już musimy fetować tego twórcę, dajmy słuchaczom szansę zapoznania się z nim na koncercie w całości mu poświęconym. Co chwila jest jakaś rocznica równie ważnego twórcy z tego czy innego kraju, jednak o tym nie pamiętamy. Tym bardziej zupełnie nie pamiętamy o rocznicach naszych twórców. W tym roku 3 marca powinniśmy obchodzić 130. rocznicę urodzin Raula Koczalskiego. Ciekawe, dlaczego władze Narodowej uznały to wydarzenie za nieistotne, zresztą tak samo jak MKiDN, a także wszystkie inne instytucje związane z muzyką? Oczywiście, nikt nie jest alfą i omegą, więc choć są to daty niewątpliwe ważne z punktu widzenia Narodu, może się zdarzyć, że decydenci o nich zapomną. Jednakże w tym przypadku dołożyliśmy wszelkich starań, by im o tym przypomnieć. A więc ich ignorowanie jest świadomym sabotowaniem kultury polskiej.

Nie rocznica Nielsena jest najważniejsza. W dniach 8-23 maja nasza narodowa placówka odbyła tournée po Wielkiej Brytanii koncertując w 12 miastach. Jakież to dzieła zabrała ze sobą? Uprzedzamy, niespodzianki nie było, jak to pewien kabaret zwykł mówić, „jelit nie potargało”. Cały repertuar jest na stronie Filharmonii http://filharmonia.pl/aktualnosci/zespoly-filharmonii-narodowej-w-wielkiej-brytanii, więc nie będziemy go powtarzać. Podliczyliśmy jednak i wyszło, że podczas tournée warszawscy filharmonicy wykonali 7 razy III Symfonię Schuberta, 11 razy IX Symfonię Beethovena, raz IV Symfonię Mahlera, raz I Koncert fortepianowy Chopina oraz 4 razy Stabat Mater Karola Szymanowskiego. Aż 5 utworów – cóż za wyzwanie dla dyrygenta i orkiestry, jak im się udało przyswoić tyle materiału!? Czy to ma być wizytówką polskiej kultury muzycznej? Szef Filharmonii Narodowej rzeczywiście ciężko się napracował układając tak „odkrywczy” program tournée. Filharmonia Rzeszowska mogła grać niedawno odkrytą Symfonię Józefa Wieniawskiego, Filharmonia Lubelska niedawno odkryty Koncert skrzypcowy Augusta Duranowskiego, Filharmonia Koszalińska zaprasza do siebie Niemca, by dyrygował Symfonią „Polonia” Młynarskiego, a Narodowa nie chce splamić swego honoru „podrzędną” (polską) twórczością i od lat serwuje nam, a także zagranicy na swoich tournée, ośmieszając nas w świecie, odgrzewane kotlety nie pierwszej świeżości, repertuarowej oczywiście.

W czym Koncert fortepianowy Raula Koczalskiego jest gorszy od Koncertu Chopina znanego na całym świecie, i który nie potrzebuje żadnej promocji, czym Symfonia Józefa Wieniawskiego jest gorsza od III Symfonii Schuberta? Pewnie są jakieś różnice, ale aby je znaleźć najpierw trzeba zaznajomić się z utworami. Piękne, wzruszające Stabat Mater Szymanowskiego też jest już ograne na całym świecie, w szczególności w Wielkiej Brytanii; niedawno za grube miliony z naszych portfeli było wykonywane i tam nagrywane przez popierającego Putina, jego nadwornego dyrygenta Walerija Giergijewa, podobno w ramach promocji naszej kultury. Promocja była tak znakomita, że wraz ze skonsumowaniem dotacji nastąpił koniec zainteresowania tym utworem u Brytyjczyków i rosyjskiego dyrygenta! Skoro Filharmonia Narodowa tak bardzo lubi jubileusze, dlaczego całkowicie zapomniała o warszawiaku, obchodzącym w czerwcu br. 85. urodziny Romualdzie Twardowskim? Moglibyśmy zasugerować włodarzom Narodowej innych rodzimych twórców zasługujących dużo bardziej na jubileusze niż Duńczyk, ale z doświadczenia wiemy, że to nikogo w tej skostniałej instytucji „nie ruszy”.

Można zrozumieć, że Szef Filharmonii Narodowej czuje niesmak na samą myśl o wpuszczeniu polskiej muzyki do swojego „królestwa”, ale całkowicie nie do zaakceptowania jest postawa naszych reprezentantów, a dokładniej MKiDN, którzy od zawsze, a przynajmniej od 1989 r., robią wszystko, by za nasze ogromne pieniądze, niszczyć kulturę polską odsyłając ją do lamusa. Niech Szef Filharmonii gra co chce w ramach Narodowej, ale niech ją utrzymuje ze sprzedanych biletów lub za pieniądze prywatnych sponsorów. A gdy żyje z podatków Polaków, to niech tym Polakom wykaże więcej szacunku i pamięta, że to nie tylko jego, ale także i nasze „królestwo” i pierwsza scena filharmoniczna Ojczyzny! Oczywiście nie tylko Narodowa lekceważy swoich darczyńców. To co napisaliśmy dotyczy właściwie wszystkich instytucji kultury, nie tylko tej „wysokiej”, co potwierdza np. zaproszenie na koncerty do Kielc przez władze miasta „najwybitniejszego” artysty pop – Conchity Wurst. Czy żaden polski artysta nie jest na miarę tej metropolii świętokrzyskiej?

Oczywiście Szef Narodowej nie jest odosobniony. Jak Polska długa i szeroka taka pogarda dla kultury narodu, w której ci wszyscy decydenci wyrośli, i za którego środki się kształcili, jest normą – wystarczy zapoznać się z repertuarem filharmonii, oper i festiwali. Oto kolejny przykład na czasie ze Śląska – 16 maja br. chór tamtejszej Filharmonii obchodził 40-lecie działalności. W programie szczyt możliwości intelektualnych decydentów: Mozarta Msza c-moll oraz Charlesa Huberta Parry’ego Blest Pair of Sirens. Parry – kim był ten kompozytor? Co takiego zrobił dla Śląska? Czy naprawdę ten rejon Polski jest tak ubogi w kompozytorów, że trzeba sięgać po Austriaka i Anglika? Filharmonie nagminnie twierdzą, że nie mogą zbyt często grać polskiej muzyki współczesnej ze względu na wysokie opłaty pobierane przez ZAiKS. Jednakże nie przeszkadza im to, by grać w swoich murach zagraniczne dzieła chronione. Nie brakowało środków na opłacenie Anglika. Sama Filharmonia Śląska, aby uczcić swoje 70-lecie też nieszczególnie się natrudziła nad repertuarem. Tylu kompozytorów było i jest związanych ze Śląskiem, a w programie tylko Górecki i niepochodzący ze Śląska Wieniawski, Bach, Mahler, Part, Reich, Brahms… Po prostu muzyczne delicje, szkoda, że nie ze Śląska? Przerażające jest to, że środowisko muzyczne nic w tym zakresie nie robi. Nasz system edukacji muzyków jest, podobno, jednym z najlepszych na świecie. Ale co z tego? Decydenci, którzy niejednokrotnie są pedagogami, gdy przychodzi do organizowania koncertów, zapraszają przede wszystkim cudzoziemców. Tak jakby to organizatorów bardziej nobilitowało. Na swoje tournée po Wielkiej Brytanii Filharmonia Narodowa zaprosiła pianistk z Japonii (Konkurs Chopinowski za pasem, 15 Polaków zakwalifikowało się, a jednak żaden Polak nie jest godzien grać Chopina z Narodową dla Brytyjczyków) i śpiewaków z różnych krajów. Na czterech śpiewaków tylko sopranistka jest Polką. To gdzie są więc absolwenci tych znakomitych polskich szkół? Po co szkolimy artystów, skoro później wstydzimy się ich promować w świecie? Jak mają zaistnieć w świadomości melomanów skoro nawet nie mogą jechać z pierwszą polską orkiestrą na tournée…

Zadziwiającym jest, że organizacje skupiające artystów nie zajmują się tym problemem. Przysłowiowe już jest procesowanie się ZAiKS-u z fryzjerem, ale jakoś nie słychać, by walczył z Filharmoniami o większy udział repertuaru polskiego. Oczywiście, żyją z prowizji od tantiem, więc co im za różnica, czyje są te tantiemy, czy trafią do naszych czy zagranicznych artystów. Ale przecież te związki założyli polscy artyści! Co robi ZKP? Zadawala się festiwalami, na które z roku na rok przyznaje się coraz mniejsze subwencje, natomiast w ogóle nie walczy o obecność muzyki polskiej w podstawowym programie filharmonii. Związki artystów wykonawców też niewiele w tej materii robią, przynajmniej jeśli chodzi o wspieranie rodaków, bo na cudzoziemców potrafią wyciągnąć środki z naszych podatków.

Na naszych łamach staramy się cały czas dbać o należne miejsce dla polskich artystów i polskiej muzyki oraz o promocję polskiej kultury. W tym miesiącu wśród polskich spraw mamy tematy, które są przez inne media – wydawane za polskie podatki – całkowicie przemilczane. Poświęciliśmy artykuł o twórczości obchodzącego 85. urodziny wybitnego kompozytora Romualda Twardowskiego, przeprowadziliśmy wywiad ze znanym warszawskim kompozytorem Sławomirem Czarneckim o jego najnowszej płycie poświęconej św. Janowi Pawłowi II. O tym jak powstawała płyta opowiada kompozytor oraz dyrygent Paweł Głowiński, założyciel i szef Schola Cantorum Thorunensis. Znany z naszych łam Robert Kaczorowski opowiada o kolejnej płycie z muzyką całkowicie zapomnianego twórcy muzyki kościelnej, Ottona Mieczysława Żukowskiego, którego trzecia płyta właśnie się ukazała. Jest też ostatni odcinek historii Witolda Friemanna.

Ostatnio dostajemy sporo listów od czytelników i melomanów oraz polskich artystów skarżących się na problemy z zakupem w Polsce płyt polskich wytwórni oraz nowości firm światowych. Są one niedostępne zarówno w największej sieci sprzedaży detalicznej w kraju oraz w największym sklepie internetowym w Polsce. Po naszym śledztwie prawda okazała się prozaiczna. Nie ma tam polskich płyt oraz nowości z największych firm znanych artystów z powodu tego, że właściciele tych sklepów nie płacą dostawcom i mają wielomilionowe zaległości, a firmy z tego powodu przestały im dostarczać towar, bojąc się większych strat! I cóż zrobiły te firmy: zamiast uregulować należności, wyrzuciły katalogi ze swoich ofert. Jest to tym bardziej bulwersujące, że sklepy te mają kredyt kupiecki sięgający nawet pół roku, nie trzymają towaru w magazynie, a za to co sprzedały, zainkasowały należności natychmiast. Problem ten jest od lat opisywany w różnych mediach, co wcale jednak nie wpływa na uczciwość tych sklepów.