Muzyka21 nr 3/176 - marzec 2015 r. - rok XVI

Jak podaje „Rzeczpospolita” powołując się na raport NIK: „w latach 2011–2013 resort kultury świadomie i z naruszeniem prawa zaniżał kwoty dotacji przysługujących niepublicznym szkołom artystycznym. Z raportu wynika, że ze 131 mln zł, jakie w tym okresie te szkoły powinny otrzymać z budżetu, na ich konta trafiło niewiele ponad 62 mln zł, czyli mniej niż połowa. Szkoły niepubliczne nie miały możliwości zweryfikowania prawidłowości przyznanych im kwot dotacji ponieważ Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Centrum Edukacji Artystycznej nie podawały wiadomości o wysokości dotacji dla szkół publicznych, na bazie której wyliczane są dotacje dla placówek niepublicznych. Koszty działań resortu ponoszą rodzice, którzy z roku na rok muszą płacić coraz wyższe czesne za naukę w szkołach niepublicznych. A jest tych szkół ponad 130 i uczy się w nich 6,5 tys. uczniów”.
Są pieniądze na iście bizantyjskie przedsięwzięcia, na budowę nowych sal koncertowych, niekoniecznie potrzebnych, ale oczywiście jak największych, a jednocześnie państwo bez żadnych skrupułów wyciąga pieniądze z kieszeni tych, którzy w przyszłości mają te sale zapełnić, czy to jako wykonawcy, czy też słuchacze. Państwo piętnuje jak może tych, którzy unikają płacenia podatków, jednocześnie samo bez żenady ograbia swoich obywateli.

Wyliniała „kura znosząca złote jaja” (a raczej kogut) została zarżnięta. Zaledwie miesiąc temu pisaliśmy o tym, jak rząd dofinansowuje ledwo dychającego bankruta, jakim były Polskie Nagrania, a już cały kraj obiegła elektryzująca wiadomość – Warner kupił tę „skarbnicę” polskiej muzyki, ten bezcenny skład nikomu niepotrzebnych nagrań. Wprawdzie przedstawiciele środowiska muzycznego twierdzili, iż była to „kura znosząca złote jaja”, jednakże nikt tych złotych jajek nigdy nie widział, oczywiście poza przedstawicielami rządu, którzy od ponad dwudziestu lat czerpali korzyści z tej firmy doprowadzając ją, bezkarnie, do bankructwa. Polskie Nagrania nareszcie zostały sprzedane za około 8 milionów zł, choć prezes firmy twierdził, ze szkodą dla spółki, a więc dla nas wszystkich, że cena jest zawyżona (dobrze, że kupujący go nie posłuchał). Całe środowisko muzyczne, które od lat walczyło o utrzymanie status quo, czyli permanentne dofinansowywanie z budżetu Polskich Nagrań, twierdząc, że to prawdziwy skarb, nigdy nie postarało się o przejęcie tego wydawnictwa. A przecież 8 milionów to niezbyt wielka suma dla tak ogromnego środowiska. Czyżby jedynymi kompetencjami ludzi z tej branży było marnotrawienie publicznych środków?

Gdy Filharmonia Narodowa obchodziła 100. rocznicę założenia, narzekaliśmy, że ówczesny dyrektor, Antoni Wit, nie uszanował tradycji i odtworzył koncert inauguracyjny sprzed 100 lat w zmienionej formie. Czy jednak można było przypuszczać, że obecny dyrektor, Jacek Kaspszyk, w swoich posunięciach będzie jeszcze bardziej „postępowy”? 21 lutego br. obchodzona była 60. rocznica otwarcia Filharmonii Narodowej po wojnie. Wtedy, w 1955 r. szanowano jeszcze kulturę polską, w programie koncertu znalazły się tylko i wyłącznie utwory polskie: Bajka Moniuszki, I Koncert skrzypcowy Szymanowskiego i Koncert na orkiestrę Lutosławskiego. W tym roku maestro Kaspszyk, bez skrupułów, postanowił całkowicie wyrzucić muzykę polską z murów tej szacownej instytucji i zaprogramował trzy utwory Mozarta. Zresztą ta pogarda dla naszej muzyki trwa nie od dzisiaj, w koncercie 21 lutego wyraziła się po prostu bardzo dobitnie. Kolejnym etapem powinna być zmiana nazwy tej instytucji na „Filharmonia Wynarodowiona”. Cóż się dziwić, że grali Mozarta skoro w całym roku koncertowym nie gra się w ogóle muzyki polskiej, a artyści polscy mogą tylko pomarzyć, by ich tam zaproszono. Finansujmy z naszych podatków instytucje kultury, które za nic mają dorobek naszych rodaków. MKiDN nie ma nic wspólnego ani z kulturą, ani z dziedzictwem polskim, co i raz otwiera się nowe sale koncertowe, w których wiatr hula, a gra się byle jaki repertuar, ale na pewno nie polski. Jednocześnie tak się zarządza funduszami, że orkiestra Filharmonii Narodowej jest w pogotowiu strajkowym. Po co te sale koncertowe, skoro nie stać nas na przyzwoite opłacenie muzyków? Oczywiście naszych, polskich muzyków, bo do cudzoziemców płynie potok pieniędzy jakbyśmy byli Szwajcarią. Choć tam akurat lepiej tym wszystkim zarządzają.

Jak co roku, MKiDN spóźniło się z ogłoszeniem listy dotacji. Jest coraz gorzej. Ci, którzy chcą realizować małe, lokalne przedsięwzięcia, nie mają szansy na dotację. A ci, których zamierzenia są na miarę wspomnianej Szwajcarii, mogą liczyć na nasze podatki. Jest wiele kuriozalnych przedsięwzięć, które władza postanowiła wesprzeć ku zadowoleniu wnioskodawców ale bez żadnej korzyści dla zwykłego obywatela. Na przykład w Lusławicach zagrają Berlińscy Filharmonicy za skromne 260000 zł. Wziąwszy pod uwagę, że kilka lat temu Royal Philharmonic Orchestra grała w Łodzi za równy milion, Berlińczycy zeszli chyba na psy. Choć i tak kosztują nas niemało.
Tyle się ostatnio mówiło o znakomitym kontrakcie Filharmonii Narodowej z Warnerem. Po co więc starano się o pieniądze na nagranie płyty tej orkiestry w innej firmie? I w ogóle, czy to normalne, że mając tak znakomitych polskich artystów prosi się polskie państwo o wsparcie nagrania, które ma być zrealizowane przez austriackiego pianistę z polską orkiestrą dla niemieckiego wydawcy? W tym jednak przypadku ktoś chyba posłużył się szarymi komórkami i dotacji nie przyznał.
Przeglądając listę udzielonych dotacji, trudno zrozumieć czym się kierują decydenci. Oto kilka przykładów.
Czy to normalne, że państwowa firma otrzymuje dotacje? 203000 zł otrzymało Polskie Wydawnictwo Muzyczne na prawykonanie oratorium Henryka Mikołaja Góreckiego Sanctus Adalbertus (co tyle kosztuje?). PWM dostało także 50000 zł na wydanie Rapsodii litewskiej oraz Epizodu na maskaradzie Karłowicza (sam kompozytor chyba nie zarobił tyle na tych dziełach!) – dlaczego tak drogo, dlaczego w ogóle, skoro jest już kilka, a może kilkanaście nagrań tych utworów, że o wykonaniach nie wspomnimy. Przecież przez tyle lat PWM zarobiło dużo więcej na tych partyturach niż potrzeba teraz (czy to w ogóle konieczne?) na nowe opracowanie i edycję!
185000 zł przeznaczono na dwukrotne wykonanie w Polsce IV Symfonii Góreckiego. Pisaliśmy już wcześniej, że tę symfonię zamówili m.in. Anglicy, Amerykanie i Holendrzy, ale to nasze podatki poszły na jej premierę. Teraz znów horrendalna suma na to samo dzieło. Ile razy trzeba będzie je jeszcze wykonać, by Ministerstwo Kultury uznało, że już dotacji ono nie potrzebuje?
91000 zł poszło na serię płyt Polish Radio Experimental Studio. To nie pierwszy raz tak ogromna suma pieniędzy przeznaczona jest na wydawanie płyt z dokonaniami tego studia. W czasach, gdy całą spuściznę po Lutosławskim, Pendereckim, Góreckim i Panufniku można znaleźć na stronach internetowych finansowanych przez państwo, jaki jest cel wydawania płyt z muzyką z archiwum Polskiego Radia? Czy naprawdę nie można tych wszystkich archiwaliów umieścić na stronie internetowej? Będzie i taniej, i dostępne dla całej ludzkości, a nie dla kilku melomanów, którzy kupią płyty? Kilkanaście lat temu zapewniano nas, że prace nad digitalizacją w Polskim Radiu trwają. Może czas, by zamieścić rezultat tej pracy w Internecie?
Interesujący jest pomysł na dotowanie sumą 232000 zł festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Otóż firma Tauron w 30% należy do skarbu państwa. I tak, wielki sponsor Tauron, jest nim, bo korzysta
z publicznych pieniędzy. Trudno pisać o wszystkim, zainteresowanym polecamy adres http://mkidn.gov.pl/media/po2015/decyzje/20150204Wyniki_I_naboru-Muzyka_2015.pdf.

Wciąż słyszy się o braku pieniędzy na kulturę, instytucje powołane do jej krzewienia co roku mają problem z dopięciem głodowego budżetu, przez co jakość proponowanych wydarzeń jest coraz niższa, szeregowi pracownicy kultury zarabiają dużo poniżej krajowej (flecista z Narodowej dorabia jako taksówkarz – czy to do pomyślenia w przypadku wspomnianej powyżej Berliner Philharmoniker; oni nie muszą dorabiać na taryfie, bo mogą dorobić w Lusławicach), jednocześnie finansuje się na potęgę przedsięwzięcia-efemerydy (jedynym celem jest zaspokojenie wygórowanych potrzeb ich pomysłodawców), po których znika wszelki ślad wraz z ich zakończeniem.