Muzyka21 nr 1/174 - styczeń 2015 r. - rok XVI

Od dłuższego już czasu telewidzowie mają okazję oglądać królową polskiej gastronomii, Magdę Gessler, jak walczy o należytą rangę naszych „mistrzów patelni”. W tym celu przeprowadza w różnych restauracjach naszego kraju „kuchenne rewolucje”. Inicjatywa bardzo pożyteczna: znikają
z naszego krajobrazu ohydne garkuchnie, ich miejsce zajmują lokale nowoczesne, przyjazne dla klienta, serwujące danie niekoniecznie najbardziej wyszukane, ale na pewno smaczne i często „warte grzechu”. Przyglądając się bohaterom tych rewolucji, właścicielom restauracji, można odnieść wrażenie, że są to osoby całkowicie nieznające się na swoim fachu, nienawidzące go, serwujące gościom byle co, byle jak, myśląc tylko o tym, by się jak najmniej narobić i jak najwięcej zarobić, co zresztą im się nie udaje, stąd ich wołanie o pomoc do pani Gessler. Zaskakującym jest to, że im większym nieudacznikiem jest właściciel, tym bardziej egzotyczną kuchnię, o której nie ma żadnego pojęcia, chce serwować swoim gościom.
Jeśli wspominamy o tym w naszym piśmie, to nie dlatego, by ten program nam się jakoś specjalnie podobał, ale dlatego, że sytuacja w polskiej muzyce wydaje się podobna. Której instytucji się nie przyjrzeć, odnosi się takie samo wrażenie, jak oglądając restauracje poddawane rewolucji Magdy Gessler. I jedyne, co świat kulinariów i muzyki dzieli, to to, że w tym pierwszym pojawiła się ta słynna restauratorka, w tym drugim stagnacja trwa, a nawet pogłębia się i żadnego uzdrowiciela na horyzoncie nie widać.

Pierwszym przykładem może być „rewolucja”, jaka dokonała się ostatnio w Filharmonii Warszawskiej. Wraz z odejściem poprzedniego szefa, Antoniego Wita, okazało się, że współpraca z firmą fonograficzną Naxos jest nic nie warta. Jeszcze niedawno chwalono się sukcesami odnoszonymi przez Filharmonię wespół z firmą Naxos i ogromną sprzedawalnością wspólnie wydawanych płyt. Gdy nastał nowy dyrektor, pan Jacek Kaspszyk, okazało się, że ta firma, o największej w świecie dystrybucji, nie jest wystarczająco dobra dla warszawskich filharmoników. Od teraz najlepszym partnerem stało się wydawnictwo Warner. Nasi czytelnicy zauważyli zapewne, jak rzadko na naszych łamach goszczą płyty tego wydawnictwa, jak często natomiast pojawiają się płyty Naxosu. Już samo to świadczy o tym, że nowy partner, Warner, w muzyce poważnej do zbyt prężnych nie należy.
Na nagranie otwierające współpracę między Filharmonią Warszawską i Warnerem wybrano IV Symfonię i Koncert skrzypcowego Mieczysława Weinberga – góra urodziła mysz. Wspomniane utwory zostały nagrane po raz pierwszy jeszcze w latach 60. w ZSRR – płyta była dostępna już w komunistycznej Polsce. Od tego czasu dzieła te zostały wielokrotnie utrwalone na płytach, w tym Symfonia kilka lat temu przez NOSPR, a Koncert przez Naxos. Jakich tęgich umysłów trzeba było, by wymyślić tak banalny repertuar. Czy wśród 22 symfonii Weinberga nie znalazłoby się czegoś jeszcze nie nagranego? Przecież kilka lat temu, właśnie z Naxosem Filharmonia nagrała VIII Symfonię Weinberga! Przy okazji konferencji prasowej można było zapoznać się z innymi, bardziej kuriozalnymi pomysłami warszawskiej placówki. Wprawdzie jednym z powodów nawiązania współpracy z Warnerem jest podobno światowa dystrybucja tego koncernu, to w planach Filharmonii jest nagranie II Symfonii Mahlera, która będzie dystrybuowana… tylko w Polsce. Czy ze wstydu, że to nienagrane jeszcze w Polsce dzieło nie ma szans w starciu z rejestracjami „gigantów” batuty obecnymi także w katalogu Warnera? Jaki ma sens marnowanie pieniędzy na album płytowy, o którym pomysłodawcy od początku wiedzą, że nie ma żadnych szans? Tak jak w polskich restauracjach, nikt na niczym się nie zna, robi wszystko jak najgorzej, na dodatek w repertuarze na którym się nie zna, a za polski za żadne skarby się nie weźmie, bo mierzi…

Drugi przykład to Muzykoteka (www.muzykotekaszkolna.pl) zrobiona i sfinansowana przez podatników za pośrednictwem Narodowego Instytutu Audiowizualnego. Pisaliśmy już na ten temat, gdy ten „potworek” zaistniał w sieci. Niestety, od tego czasu nic się nie zmieniło. Jeśli najtęższe głowy w Polsce pracowały nad tym „dziełem”, to chyba czas studiować przynajmniej przedmioty muzyczne w innych krajach. Nie ma co pastwić się nad szatą graficzną, która wygląda jakby została stworzona za czasów wczesnego Gierka. Przerażający jest ten twór od strony merytorycznej. Realizatorzy przedsięwzięcia stworzyli coś, co nazwali „Kanonem”. Na lekcjach polskiego od kanonu literatury odchodzi się, a tutaj mamy propozycje również jak z czasów Gierka, tyle że wtedy po prostu nie było dostępu do zagranicznych płyt, a dziś, dzięki Internetowi można kupić każde nagranie pojawiające się gdziekolwiek na świecie, albo po prostu posłuchać za darmo, lub za niewielkie pieniądze choćby na stronie Naxosu.
Zajrzyjmy do tego kanonu. Według jego twórców, w epoce klasycyzmu warci polecenia są tylko trzej kompozytorzy – Haydn, Mozart i Beethoven. Romantyzm miał więcej szczęścia – kompozytorów jest 22, w tym, o dziwo, kilku polskich: Moniuszko, Karłowicz, Noskowski i Henryk Wieniawski. Dlaczego Chopin tam nie trafił, trudno zgadnąć. Wśród około 20 kompozytorów z XX w. znalazło się dwóch Polaków: Szymanowski i Kotoński.
Jaki cel przyświecał realizatorom tej strony? Chyba tylko chęć zysku okupiona jak najmniejszym wysiłkiem. W Internecie istnieje mnóstwo znakomitych stron poświęconych muzyce, na dodatek robionych za darmo.

Te dwa przykłady pokazują dobitnie, jak wyrzuca się w błoto nasze podatki. Podobno pieniędzy na kulturę nie ma, a przecież są, lecz są marnotrawione w bezczelny sposób, bez żadnych zahamowań. Decydenci wierzą, że pieniądze publiczne, to pieniądze niczyje, z których nie trzeba się rozliczać. Można tylko mieć nadzieję, że tak jak wpadli „Trzej Muszkieterowie”, tak wcześniej czy później wpadną, a przynajmniej odejdą w niepamięć, ci wszyscy, którzy zabijają kulturę polską.
„Magda Gessler kultury” potrzebna od zaraz!